Dwa pasma Beskidu Śląskiego
-
DST
103.00km
-
Teren
40.00km
-
Czas
06:48
-
VAVG
15.15km/h
-
Podjazdy
2405m
-
Sprzęt Merida Matts TFS 500-D
-
Aktywność Jazda na rowerze
Niedzielny wypad w Beskid Śląski. Grzegorz zaproponował trasę MTB w Ustroniu. Szkopuł w tym, że planowana zbiórka była o 9tej w Wapienicy a więc dopiero około 10 w Ustroniu. Próżnować w łóżku nie zamierzałem więc z Patrykiem uderzyliśmy od godziny siódmej z Cieszyna do Cisownicy. Z Cisownicy pod Małą Czantorię skąd żółtym na szczyt. Ło jeju. Wiedziałem co nas czeka (dawno temu już tam jechałem) i się nie zawiodłem :). Jednym słowem: ostro! W drugiej części więcej atrakcji w podłożu i jeden wiatrołom. Razem około 50m z buta i 2 krótkie postoje na oddechy.
Patryk ciśnie pod Czantorię © Marek87
Z Małej na dużą w fajnym śniegu (jak na focie powyżej), choć trzeba było troszkę podprowadzić. Tuż przed szczytem.
Pod Czantorią © Marek87
Z Czantorii jak to zwykle bywa - niezawodny czerwony w stronę Soszowa z piękną kamienistą, stromą rąbanką. W miarę pewnie ale mimo wszystko z lekką delirką :).
Przelot przez Światowid na Beskidku i dalej klasycznie na Soszów oraz niebieskim w dół do Jawornika. Następnie do Ustronia, podjazd asfaltem na Równicę i zbiórka z przyjezdnymi towarzyszami dalszego rowerowania :). Była Marzena, Grzegorz, Paweł, Rafał i Kazik.
Czantoria i Soszów z narciarskimi trasami zjazdowymi - zaliczone ciut wcześniej © Marek87
Z Równicy rewelacyjny zjazd do przełęczy Beskidek, mocny podjazd na Orłową i dzida w dół w stronę Trzech Kopców. Piesi turyści wyrozumiale uciekali lekko na bok a my z rogalami na twarzach delektowaliśmy się mega uciesznym zjazdem :). Bajka!
Poczekalnia po zjeździe z Orłowej © Marek87
Dalej na Trzy Kopce.
Trzy Kopce © Marek87
Mój podstawowy rowerowy pokarm: bułka ;) © Marek87
Z Trzech Kopców w stronę Salmopolu. Przelot kultowym singlowym, dzikim trawersem pod Grabową.
Paweł na singlu © Marek87
Na Grabowej nowa, drewniana konstrukcja typu wieżowego ;).
Wieża na Grabowej © Marek87
Czantoria z Grabowej - tam byliśmy całkiem niedawno © Marek87
Uaha, rowerów siedem :P © Marek87
Z Grabowej na Stary Groń po czym najpierw czarnym, potem zielonym do Brennej. Świetny zjazd zakończonym grzaniem hebli przy zjeździe po stoku narciarskim.
W drodze do Górek wzdłuż Brennicy Grzegorz rzucił hasło: ognisko. To tak w ramach wymówki i uniknięcia planowanego podjazdu na Błatnią ;). W rzeczywistości miał chłop problem z zaciągającą łańcuch przerzutką. A miałem duże chęci.
Szykujemy żarcie ;) © Marek87
Ognicho w Brennej © Marek87
Potem jeszcze na ciepłą herbatę do Malwy, szybkie mycie roweru w potoku (był tak uświniony, że praktycznie nie nadawał się do jazdy). Nieuniknione smarowanie łańcucha i jazda bokami do Cieszyna po asfaltach z Patrykiem. Na rundce po Cieszynie spotkałem Daniela szarżującego późno-popołudniową porą na dwóch kółkach :).
Godny trip. Sporo w terenie w błotnistych warunkach. Kupa śmiechu, żartów, wrażeń i (najłagodniej mówiąc) ubabrania się ;). Znowu mam pisać, że to uwielbiam? Dzięki i do zaś!
Terenowo i testowo/Istebna
-
DST
106.00km
-
Teren
30.00km
-
Czas
06:38
-
VAVG
15.98km/h
-
Temperatura
14.0°C
-
Podjazdy
2580m
-
Sprzęt Merida Matts TFS 500-D
-
Aktywność Jazda na rowerze
Roboczy tydzień po Świętach Wielkanocnych minął mi w chorobie. Obróciłem Włochy z kulminacją beznadziejnego samopoczucia w piątek. Wieczorem po powrocie termometr pokazał mi 38.2 stopnia. O ironio, bo w sobotę miały być (i były) ponad 2 dychy i lampa. No szkoda. Niedzieli już nie mogłem odpuścić i zgadałem się z Patrykiem na jakiś teren. Tak okropnie mi go brakowało...
Rano jednak czułem się tak, że wolałbym iść do łóżka i spać do 10 ale szkoda mi było względnej pogody i zmiany planów.
O 8 rano z kładki przez Kojkovice do Lesznej skąd singlowym czerwonym i szutrówami pod Czantoriami do Nydku. Od razu po wjechaniu w ten czerwony wszystko jakby prysło. Sił mało, człowiek osłabiony, poci i grzeje się niemiłosiernie, ale pysk się cieszy, ciałem trzepie, po korzonkach, kamyczkach, raz w górę, raz w dół. Fenomenalnie!
Z Nydku do Strelmy po czym (z małym błądzeniem) na Soszów podjazdowym wariantem pokazanym mi kiedyś przez Daniela. Nowe Maxxisy Crossmarki 2.1 jadą w terenie dobrze. Bynajmniej takie pierwsze wrażenia pomimo niespecjalnie stricte terenowego, agresywnego bieżnika.
Pod Soszowem © Marek87
Na Soszowie jak to o tej porze roku - narciarze "kontra" rowerzyści. Z wyciągu słychać było typowe: "Patrz, na rowerach". Jedna z kobit zaproponowała z krzesła wspólne zdjęcie. Pfff ... :). Gdybyś była młodsza... ;).
Soszów © Marek87
Od schroniska na Soszowie na szczyt górki troszkę walki z białym. Końcówka bez śniegu. Dalej klasycznie czerwonym przez Cieślar pod Mały Stożek. Sporo błota, wilgoci ale bez problemu do jazdy. Pierwotnie zamierzałem zjechać żółtym szlakiem ze szczytu Soszowa do Nydku skąd atakować Filipkę ale względny warun na górze pozwolił pojechć dalej i zaliczyć bajerancki zielony z Małego Stożka do doliny. Patryk nie znał ale już zna. Bosko. Poznał też zielony na Filipkę. Na tłenti najnerze miał co robić :). Już pod szczytem.
Zbity z tropu przeklętym choróbskiem:) © Marek87
Z Filipki w stronę Stożka/Istebnej. Bez butowania, w błotku.
Z Filipki czerwonym pod Stożek © Marek87
Na trawersie w stronę Groniczka zalegało trochę białego syfu (z tendencją wzrostu ilości mokrego śniegu). Na siodle odpuściliśmy przedzieranie się przez śnieżną breję. Pierwotny, nieśmiały plan zakładał wjazd na Kiczory i zjazd zielonym lub żółtym ale nie było szans. Zjechaliśmy do Pisecznej, wjechaliśmy w asfaltowy podjazd na Bagieniec. Po kilku kilometrach odbiliśmy w prawo do lasu na singiel po trasie maratonu w Istebnej (mini). Ale odjazd :).
Singiel do Bukowca © Marek87
Dalej asfaltówą do Istebnej. Małe zakupy w biedrze co by mieć siły popróbować jazdy na fajnych zabawkach Speca. Czeska ekipa (Polaków było tylko ze dwóch) zjechała do ośrodka Zagroń z fajnym sprzęcichem. Ujeżdżałem szosowego S-Worksa na 33 tys zł (model zbliżony do tego na którym jeździ Michał Kwiatkowski). Karbon, elektryczne zmieniarki, pełna grupa Dura-Ace, tarczówki, jakieś wstawki w ramie tłumiące drgania (zrobione niby pod ten cały bruk na ostatnim słynnym wyścigu) i inne bajery. Bardzo, ale to bardzo pozytywne wrażenia. Nie trzeba mi takich szpejów w rowerze ale sama szosa to całkiem inna jazda. Jest szybciej i zdecydowanie twardziej na podjazdach :).
Na szosowym czarnuchu ;) © Marek87
Były też jazdy na facie :). Wrażenia? No całkiem fajna zabawka. Nic więcej. Wartość - ok 66000 czeskich koron czyli trochę ponad 10000zł. W terenie idzie jak przeciąg. Szkoda, że sama jedna opona 26x4.6 kosztuje 450zł...
Fatem w wodę ;) © Marek87
Trzecim i ostatnim dwukołowcem był full z napędem Srama XX1. Pomimo krótkiego czasu ujeżdżania sama pozycja na rowerze i działanie tego wszystkiego co tam było zamontowane mocno mnie zaskoczyło. Przed testami pełna regulacja amorów (pod wagę itp). Ceny nie znam i znać nie chcę :).
Piękny specuś :) © Marek87
Po korzonkach :).
Specowe korzonki © Marek87
Powrót przez Olecki, Kubalonkę, Wisłę, Cisownicę.
Bardzo fajny trip. Było sporo jazdy w terenie zakończonej gwoździem programu czyli wyśmienitą zabawą na niezłych maszynach :). Pełna profeska ekipy serwisowej. Bardzo otwarci ludzie z chęcią użyczenia tych zabawek. Więcej takich okazji proszę :D.
Terenowy asfalt po Beskidzie Małym ;)
-
DST
171.00km
-
Teren
25.00km
-
Czas
09:29
-
VAVG
18.03km/h
-
Temperatura
5.0°C
-
Podjazdy
2969m
-
Sprzęt Górska szosa
-
Aktywność Jazda na rowerze
Jakiś czas temu krążyły mi po głowie rejony Beskidu Małego. Pokusa odwiedzenia kultowych przełęczy Targanickiej i Kocierskiej była okropnie duża. Ostatnimi czasy pojedyncze typy z tamtych rejonów ujeżdżają mi okoliczne wzniesienia więc dłużny pozostawać nie mogłem, bo chamstwa przecież nie zniesę ;). Przystałem na fejsbukową propozycję asfaltową i popedaliłem na zderzenie w BB. Godziny do przodu więc spania było trochę mniej. Do Bielska starą jedynką. Krócej, szybciej i siedem kilkusetmetrowych podjazdów. Łącznie 400m w górę. Stan asfaltu w niektórych miejscach dostarcza wrażeń... Szczególnie gdy jedzie się tam po ćmoku.
Kto rano wstaje... Ogrodzona © Marek87
W Bielsku na dzień dobry reprymenda od tego, który tak ładnie mnie zawsze wita. Tym razem oberwało mi się (zgodnie z oczekiwaniami) za kontynuację jazdy na "gejowskich" oponach typu semi-slick. Na szczęście róż dobijający z butów SPD jegomościa pozwolił mi się szybko i skutecznie odchamić, co też uczyniłem z wielką satysfakcją... ;).
Początkowo - jak zwykle lotniskowo... w pięcioosobowej grupie.
Dalej w stronę Międzybrodzia przez Przegibek...
Na zjeździe niespodziewana mijanka z Tomkiem, który również ujeżdżał swego Kellysa od wczesnych godzin rannych. Chwilę wcześniej odbyły się dramatyczne sceny rozjechania upuszczonego przeze mnie aparatu podczas jazdy. Pewien żeński operator pojazdu (nie zasługujący w tym miejscu na zwyczajowe określenie) z całą pewnością ciekaw był jak zachowa się samochód po przejechaniu kołami przez tajemniczą czarną kostkę leżącą na asfalcie. Moje rozpaczliwe gesty biegu z machaniem rękami zapewne odebrane zostały jako zachęta do wypróbowania tego czynu. Wybiegać przed maskę nie zamierzałem. Jeżeli kierowca poprzedzający kilkadziesiąt metrów operatora dał radę zmienić tor jazdy (biorąc aparat między koła) a ów operator nie zrobił kompletnie nic... No cóż. Z całą pewnością w najlepszym przypadku skończyłbym w szpitalu. Aparat po kontakcie z dwoma oponami kształtu nie zmienił ale wyświetlacz nie przetrwał takiego ciężaru.
Do Porąbki i wjazd w Wieeeeelką Puuuuuuszczę. Szybki sms do Karela, który zbyt długo delektował się śniadaniem i ostateczne wyszły nici ze zderzenia.
Wielka Puszcza © Marek87
Dalej rach ciach i jesteśmy na Targanickiej. Zjechały się wręcz tłumy roweraków :).
Tłumy na Targanickiej © Marek87
Buła, pumpa i spóła © Marek87
Od tego momentu zaczęły się przeboje. Moje przeboje na węższych oponach. Towarzystwo zarządziło wjazd w teren. Dyplomatycznie uniknąłem wymówki stwierdzając, że jestem "Otwarty na propozycje". W rzeczywistości chciało mi się terenu jak cholera ;). Co prawda Kocierskiej od Andrychowa nie jechałem, ale zielony zdecydowanie bardziej mnie korcił (co nie dziwne). Teraz już wiem, że jest świetny. Trzy ostrzejsze podjazdy, trochę walki. Na jednym z trudniejszych fragmentów uślizg, obrót koła i wylądowałem na gruncie ze stłuczonym kolanem z małą dziurą w ciele i na nogawce. Reszta podjazdu ok!
Na zielonym © Marek87
Na Kocierskiej focisz, trochę jedzenia i w dół do Kocierza Rychwałdzkiego (zielonym w dół). Z doliny zielonym na Łysinę. Początkowo wśród zbłąkanych owieczek idących z palmami do kościoła przy akompaniamencie natchnionego organisty...
W górę na Łysinę © Marek87
Podjazd mnie trochę przeszkolił. Zarówno w kwestii deptania po pedałach jak i trakcji. Końcówka spokojna.
Lajtowo-terenowo ale w górę © Marek87
Łysina © Marek87
Z Łysiny niewyraźne widoczki na Babią i Beskid Żywiecki.
Łysina z bebokiem © Marek87
Paweł pokazał nam Jaskinie Lodowe, choć było tam w tym miejscu coś o smokach. Takie tam bajki... ;). Trochę wąwozów i innych form skalnych.
Jaskinie lodowe i skałki © Marek87
Szybki zjazd asfaltem z Łysiny do Gilowic po czym Paweł dołożył do wypadu coś od siebie. To coś okazało się głównym gwoździem programu. Tereny nikomu z nas (prócz Pawła) nieznane. Przelot asfaltami, trochę w górę, trochę w dół i wjazd w ulicę Wilczą. Bez komentarza. Zdrowo! Za kolejnymi zakrętami/grzbietami pojawiały się kolejne kiepki w górę. Fajnie :).
Ul. Wilcza! © Marek87
Asfalt się skończył, czas znowu na teren :).
Koniec asfaltu © Marek87
Teren trochę podmoknięty, niezbyt trudny technicznie, przyjemny, sporo odcinków w lesie. Bardzo fajnie. Przejazd przez kilka górek w tym końcową Janikową Grapę. W drodze na nią Babia Góra była już znacznie bliżej :).
Marzen i Babiczka © Marek87
Z Janikowej Grapy zjazd żółtym w dół do okolic Jeleśni/Mutnego. Mega! Elementy korzenno-kamieniste!
Marzen na żółtym © Marek87
Nieco niżej zaczęły się płyty i asfalt. Już na dole.
Z Mutnego do Żywca. Rundka po mieście. Towarzystwo się rozjechało. Ekipa do BB a ja (zgodnie z założonym planem) w stronę Węgierskiej Górki, Ochodzitej, Jabłonkowa. Tak naprawdę to okropnie mi się nie chciało ale wewnętrzne samozaparcie wzięło górę. Tym samym zafundowałem sobie ostry wmordewind do Milówki, przelot nieznanym wariantem przez Szare pod Ochodzitą (końcówka po płytach podobna jak pod Przełęcz Koniakowską). Przejeżdżając pod Ochodzitą kompletnie odrzucałem myśli wyjazdu na górę. To była ostatnia rzecz której pragnąłem w tym momencie. W Jabłonkowie już miałem dość. Przyjechałem do domu wypruty do bólu. Usiadłem na stołku, oparłem głowę na rękach założonych na kolana i przetrwałem w tej pozycji 5 minut. Potem zadzwonił Rafał a ja nadal nie mogłem się ruszać. Ilości jedzenia wchłoniętego przeze mnie w poniedziałek nie będę podsumowywał. Jeden wielki apetyt! Dobry wypad z pozytywnym rzyganiem na widok roweru po przyjeździe ;). Takie wypady w ciągu lata są standardowe. Początkiem wiosny nie jest tak wesoło :). Dzięki ekipo!
Loućka, Filipka
-
DST
74.00km
-
Teren
15.00km
-
Czas
04:16
-
VAVG
17.34km/h
-
Temperatura
2.0°C
-
Podjazdy
1502m
-
Sprzęt Górska szosa
-
Aktywność Jazda na rowerze
Pochmurna, mokra niedziela nie zachęcała na bliski kontakt tyłka z siodełkiem. Po wieczornym sobotnim rowerowaniu z Patrykiem postanowiłem się ponownie ruszyć, bo szkoda mi było tej nielicznej wolnej chwili na dłuższe rozmyślanie i nicnierobienie. Zawaliłem sprawę, bo dosiadłem czarną strzałę dopiero koło południa. Można było wcześniej kosztem ciut bardziej mokrego ciała. Błąd!
Ostatnio było trochę jazdy po płaskim/pagórkowatym terenie więc trzeba były cosik podjechać, bo lubię trochę pod górę i pod górę :). Przelot przez Leszną, pod Praszywą do Nydku i dalej w stronę kultowego podjazdu na Loućkę (ciut w terenie lajtowym technicznie szlakiem żółtym :) ). Podjazd proponowany ostatnio przez Daniela. Wcześniej była krótka "dwunastka", ale poszła gładko. Ten na Loućkę mógłby być trochę dłuższy w najstromszym fragmencie ale i tak jest wporzo. Kilkaset grubych metrów ostro w górę. W dalszej części też jest z czym walczyć.
Na Loućce bez widoków. Kiszka z mlekiem. Widoki były ale na tablicy ;). Pooglądałem.
Z Loućki na Filipkę jest rzut beretem (w terenie). Teren pokryty był mokrym, grubym śniegiem więc kompletnie nie nadawał się do jazdy (i tak bym nie skorzystał). Zjechałem w dół do Hradka eksplorując po drodze boczną, leśną drogę. Trochę błądzenia, trochę dziczy ale znowu poznałem coś nowego i klimatycznego! Super! W lesie trochę singli z krótkim prowadzeniem wzdłuż podmytego brzegu pewnego potoku.
Na podjeździe na Filipkę z Hradka (mniej więcej w połowie) zdecydowanie mnie odcięło. Przenikliwy wiatr, wilgoć, chłód i te kilkaset wcześniejszych metrów w pionie spustoszyło mój żołądek, który zaspokojony został (od zeszłodniowej jazdy) jedynie śniadaniowym kawałkiem kiełbasy. Dopadły mnie dreszcze. Wymęczyłem na górę jadąc jako-tako. Ostatnie kilkaset metrów prowadziłem w śniegu. Na Filipce urządziłem sobie mały popas w przytulnej jak zwykle chacie. Bryndzowych gałuszek nie mieli. Zrobiłem mixa i zajadłem czosnkowego langosza słodkimi naleśnikami z marmoladą. Pychota :)).
Po jedzonku poczułem się o wiele lepiej i już znacznie żwawiej jechało mi się do domu. Zjechałem szeroką szutrówką na czuja i wylądowałem w Jabłonkowie przy wiadukcie. Łagodna, wygodna, szutrowa wersja podjazdu na Filipkę. Nie jechałem tam jeszcze (aż wstyd się przyznać). Generalnie jak zwykle pozytywnie! Odmóżdżona głowa :).
Przełęcz Jabłonkowska
-
DST
78.00km
-
Czas
03:21
-
VAVG
23.28km/h
-
Podjazdy
801m
-
Sprzęt Górska szosa
-
Aktywność Jazda na rowerze
Od poniedziałku do soboty poza wszelaką aktywnością fizyczną z powodów jak zwykle prozaicznych - pozadomowy zapiernicz. Powrót o 17:30 i godzinę później pedaliłem z Patrykiem po asfaltach. Miałem jechać sam ale akurat zadzwonił. Plan był ambitny (kółko przez Hrczawę, Istebną), lecz temperatura, krótkie rękawiczki Patryka zmusiły do zmiany planów. Z przełęczy ciut inną drogą do Cieszyna.
Patryk to świetny towarzysz. Kręci ambitnie i to mi się podoba ;). Fot nie będzie, bo nic nie robiłem w tych ciemnościach. Nawet nic nie łyknąłem z bidona. Noga nadal wykazuje objawy wiosennego przebudzenia. Czuję spory głód jazdy. Tym bardziej żeby wjechać w teren aby trochę się potłuc, potrzepać ;). Sporo białego w górach więc jeszcze trzeba poczekać.
Ostrava i okolice
-
DST
135.00km
-
Teren
15.00km
-
Czas
06:24
-
VAVG
21.09km/h
-
Podjazdy
730m
-
Sprzęt Górska szosa
-
Aktywność Jazda na rowerze
Niedzielne, grupowe, bielsko-łodygowicko-goleszowsko-cieszyńskie pedalenie po okolicach Ostravy. Andrzej wymyślił trasę do muzeum kopalnictwa właśnie koło tego miasta. Miałem pierwotnie porobić jakieś czeskie podjazdy ale towarzyska jazda znowu wzięła górę. Spora grupka, niezłe tempo (w tym pomykanie pod 40km/h na ścieżce Frydek-Ostrava), choć zabrakło mi na koniec jakiejś sztajfy. Nogi znowu kręciły ochoczo więc agresywnie atakowałem wszelkie podjazdy z blatu. Nie wiem co we mnie wstąpiło ale po biegówkach w zimie jeździ mi się super! Znowu zerwany łańcuch na podjeździe... ;). I znowu nie na spince. Za to w innym miejscu niż ostatnio. Coś te łańcuchy Shimano się nie sprawują.
Przed Nosovicami.
Muzeum w Ostravie. Fajne zabawki ;).
Gruppen foto przed tarczą wiertniczą.
Takie tam posiedzenia :).
Marzen zachowywała się wobec Pepy co najmniej intrygująco... ;).
Z Ostravy wzdłuż Odry po ścieżkach, wałach, po błotku... Czyli tak jak było zaplanowane: asfalty! :P
I jeszcze jedno pod Zamkiem/Pałacem (nie wiem co to tam jest) w Paskovie.
Było jak zwykle grubo. Niezła atmosfera, dobre zrozumienie złośliwych tekstów, sporo humoru, uśmiechu... po prostu świetnie! Oby tak dalej.
Okolica z Cieszyniakami
-
DST
89.00km
-
Teren
3.00km
-
Czas
04:46
-
VAVG
18.67km/h
-
Podjazdy
984m
-
Sprzęt Górska szosa
-
Aktywność Jazda na rowerze
Plan był delikatnie mówiąc inny ale rozwaga ze względu na nocny wyjazd wzięła rozsądek. Towarzysko po czeskiej okolicy z grupą Cieszyniaków. Konkretnie to z Markiem (wmarek74), Andrzejem i Piotrkiem. Dawno nie kręciłem z chłopakami więc trzeba było odświeżyć pogawędki. Trasa dobrze zaplanowana przez Marka po industrialnej, zagranicznej części naszego rejonu więc jechałem "na sępa" :). Przed siebie po bocznych drogach bez większego ruchu samochodowego.
Fotki zapożyczone od Marka.
Trochę mnie nad Olzą koło Karwinej :).
Towarzystwo i krótka przerwa.
Jedziem.
Trasa nie do końca taka płaska. Tempo spokojne. Sporo krótkich podjazdów na których można było mocniej docisnąć, co też czyniłem jak tylko nadarzyła się okazja. Nawet nieźle się napędzało dwa kółka-głownie z racji wąskich opon. Na terenowych już nie byłoby tak prosto.
Po drodze w Orłowej wlot na bezalkoholowe piwo (nie mieli Kofoli). Napój dostarczany kolejką do każdego stolika zbił mnie trochę z tropu. Niezły pomysł i perfekcyjne działanie (włączając w to zwodzone mosty i samoczynnie nastawiające się zwrotnice) :).
Tak się to odbywa :).
Wieczorem ambitne lodowisko z Patrykiem. W końcu ktoś ma podobną wizję tego rodzaju aktywności i jeździ dla sporej zadyszki.! Podobne tempo, zmiany na przodzie i całkiem inne wrażenia z szybszej jazdy! To szczególnie lubię!
Dzięki chłopaki za wspólną jazdę. Bardzo miło mi było wspólnie popedałować!
Czwartkowa pobudka ;)
-
DST
77.00km
-
Czas
03:26
-
VAVG
22.43km/h
-
Temperatura
2.0°C
-
Podjazdy
1034m
-
Sprzęt Górska szosa
-
Aktywność Jazda na rowerze
Dawno nic tu nie pisałem. Zapadłem w rowerowy "sen zimowy" zaniedbując dwa kółka na rzecz nart biegowych i łażenia po górach. To akurat odbywało się w weekendy, bo od poniedziałku do piątku nie ma szans na cokolwiek (ze sporadycznymi epizodami wolnego popołudnia). Z nart biegowych było kilka ładnych wypadów. Sporo Kubalonki, Mosty, Javorovy... Fajna rzecz. Nie żałuję żadnego złocisza na te dwie deski. Szczypi w nogi podobnie jak na rowerze. W dodatku zabawa ze smarami na trzymanie jest przednia... ;). Zjazdówek nie skreślam, ale trochę dłużej niż zwykle będą podpierać ścianę.

Z łażenia po górach były ze 4 wypady w godnej ekipie. Każdy po 30km z hakiem w tonach śniegu. Babia Góra, Pilsko, Rysianka, Wielka Racza, Wielka Rycerzowa przeróżnymi wariantami. W tym takie widoczki... ;).
Trochę zabawy w śniegu z siostrą :))).
Oraz własne wygłupy.
Czas w końcu popedalić. Pogoda coraz lepsza więc nie ma nad czym myśleć. W czwartek znalazłem upragnione wolne popołudnie więc wio na rower. Po 500m przy ruszaniu ze skrzyżowania urwałem łańcuch. Szybki powrót z buta, sztukowanie "kety" (rozerwała się kilkanaście oczek przed spinką) i kontynuowałem zamiar pokręcenia po okolicy bez zbędnego obijania się.
Karvina. Fajniutkie ścieżki w parku na rolki! Muszę tam uderzyć, bo w Cieszynie coś jest ale nie aż tyle.
Dalej po szerszych i węższych asfaltach przez Horni Suchą, Domaslavice w stronę górek. W międzyczasie po drodze zaczęło sypać. Jazda po mokrym asfalcie bez większej przyjemności ale nie przeszkadzało mi to zbyt bardzo. Grube płaty leciały z nieba.
Wylądowałem w Komornej z ochotą podjazdu na Godulę. Żarty się kończą... ;). Coś a'la "Bardzo trudna trasa górska" w naszym pięknym kraju. Podjazd na średnim przełożeniu.
Po śniegu, z uślizgami, tańcami na semi-slickach (szczególnie w górnej części) - dało radę. Kondycja nie ta więc trzeba było slalomem ;). Na zjeździe prędkość znikoma - nerwowo.
Z siłami po przerwie jest w miarę ok. Trzeba się tylko rozkręcić pedałując coś po asfaltowych hopkach (póki nie można wjechać w teren). Zaskakujące jest to, że podczas podjazdu na Godulę czułem dokładnie to samo świerzbienie w udach jak podczas narciarskich podbiegów "stylem" dowolnym (czyt. jodełką) na Kubalonce. Aż przyjemnie ;).
Bahenec
-
DST
82.00km
-
Czas
03:48
-
VAVG
21.58km/h
-
Temperatura
0.0°C
-
Podjazdy
1099m
-
Sprzęt Górska szosa
-
Aktywność Jazda na rowerze
Bardzo rzadko zdarza mi się wolne popołudnie w ciągu tygodnia. Udało się w czwartek. Poszedłem do rowerowego po pancerz przerzutki. Zmieniłem ostatni, piętnastocentymetrowy odcinek tylnej zmieniarki w Górskiej Szosie (przerzutka niby działała ale nie tak jak tego chciałem). Po wymianie nówka. Śmiga lepiej niż w Meridzie (ta w białym rowerze przyżyła już jednak wiele więcej błota i prostowań).
Po wymianie skoczyłem do Trzyńca do księgarni po mapę Małej Fatry. Szkoda było marnować możliwości kręcenia więc popedaliłem na Bagieniec "aslaftem" od Pisku. W cudzysłowie dlatego, bo asfalt zgodnie z przywidywaniami był w znacznej mierze lodowiskiem. Znowu tańce i wygibasy na semi-slickach ;). Ale je to w gruncie rzeczy lubię! Nauka utrzymania równowagi - gratis ;). Prawie wyrżnąłem na podjeździe. Ten akurat jest łagodny, bez problemu na średnim przełożeniu.
Trzyniec. Z tyłu Godula.
Chata na Bagieńcu
Naturalnie Shrek i Fiona przy swojej posiadłości ;)
Na wypadzie tradycyjnie już mocno wiało. W stronę Jabłonkowa trudno było utrzymać przyzwoitą prędkość. Huragan w twarz. Powrót przez Pisećną, koło szpitala w Trzyńcu i Leszną. Dodatkowa rundka podjazdowa po Cieszynie. Kilka interwałowych podjazdów z zaawansowanym oddechem i piekącymi udami. Trzeba rozruszać zaruściałe nogi przed wiosną!
Pszczyna
-
DST
103.00km
-
Teren
15.00km
-
Czas
04:21
-
VAVG
23.68km/h
-
Temperatura
0.0°C
-
Podjazdy
599m
-
Sprzęt Górska szosa
-
Aktywność Jazda na rowerze
W ogóle tego nie planowałem. Zamierzałem pokręcić krajoznawczo po okolicznych wioskach (przewidywane bagno w górskim terenie) a wylądowałem w Pszczynie. Wietrznie, w drugiej części wypadu przelotne opady śniegu no i "wmordęwind". Poza tym wiało głównie z boku. Najlepiej jechało się ze Strumienia do Pszczyny, bo bez oporów powietrza ;).
Strumień
Zahaczyłem o rodzinną wioskę znajomej Karoliny Z. Brzeźce k/Pszczyny. Wioska jak wioska. Najwyraźniej wśród typowych zabudowań wyglądał jedynie (a jakże!) d...y kościół... ;)
W Pszczynie podjechałem pod Pałac. Nie widziałem go jeszcze a zewsząd znaki pokazywały mi, że coś takiego tam jest. Poza tym w radiowej Jedynce słuchałem kiedyś audycji o tym zabytku. Podobno hodują tam jakieś Daniele czy Jelenie. Nie wiem :P.
Ścieżki w parku koło Pałacu. Fajne tereny.
Pałac.
Pokręciłem się po Pszczynie. W centrum na rynku lodowisko. Początkujące dzieciaki fajnie jeżdżą z pingwinami (te drugie są na nartach) ;). W Cieszynie są tylko wynalazki w stylu "balkonik" (pozgrzewane z szarych rurek PCV do instalacji wodnej).
Z Pszczyny przez Goczałki. Zapora. Fajne, krystaliczne dźwięki obijającego lodu o betonową przegrodę. Szczególnie, że fale były dość duże.
Z Goczałek wiślańską trasą rowerową, głównie w lekkim terenie - aż do Drogomyśla. Trochę błotka, lodu, ale ok! Kilkunastu spotkanych rowerzystów.
Stawy hodowlane w Gołyszu k/Ochab.
Z Ochab standardowo do Cieszyna. Na tripie nic nie zjadłem. Wypiłem 400ml herbaty z bidonu. W kieszonce miałem 2 snickersy ale nie chciałem faszerować się słodyczami. Żołądek się domagał ale postanowiłem go trochę poćwiczyć, co przełożyło się na słabe deptanie w drodze powrotnej pod wiatr. Chyba go nie da się oszukać... ;). Dobry, nie za długi wypad. Jazda pod porywisty wiatr trochę mnie przećwiczyła.


