Marek87 prowadzi tutaj blog rowerowy

Tam gdzie tirem nie wjedziesz... Bolonia

  • DST 46.00km
  • Teren 1.00km
  • Czas 02:15
  • VAVG 20.44km/h
  • Temperatura 9.0°C
  • Podjazdy 535m
  • Sprzęt Górska szosa
  • Aktywność Jazda na rowerze
Niedziela, 2 marca 2014 | dodano: 04.03.2014

Weekend za granicą. Pierwszy w tym roku! Cud, że tak późno!  Pomimo prognozowanej złej pogody we Włoszech (konkretnie to w Bolonii) wziąłem jednak dwa koła na naczepę. Do południa w niedzielę miało padać a po południu już bez deszczu. Sprawdziło się. Temperatura około 9-10 stopni. Pół dnia przespałem po całej nocy jazdy. Po 14 wylazłem z auta na rower i przetestowałem ciuchy bbRiderZ wraz z nogawkami i rękawkami. Są rewelacyjne jakościowo i w ogóle...

Spod lotniska w Bolonii do ścisłego centrum. Zgodnie z tytułem - tam gdzie tirem nie wjedziesz tam się rowerem wpierniczysz! Sporo świateł, ruch niewielki... Po drodze wyprzedził mnie samochód z grupką ludzi krzyczącą w moją stronę przez otwarte okna wraz z klaskaniem w dłonie :). Jakieś świry - jak to Włosi - oni mają fioła na punkcie rowerów.



Fajne riksze!


Nie pytajcie mnie co jest na tych zdjęciach. Nie kręci mnie za bardzo zwiedzanie ale fajnie się patrzy na te budynki...
Pokręciłem się trochę i wyjechałem z centrum. Ilośc liudzi (turystów) w niektórych miejscach dyskwalifikowała jazdę na rowerze. Koszmar!
Wyjazd z centrum - jakiś klient na Specu. Jak ja byłem turystą to on był... hmmm... miejscowym flegmatykiem. Po kij mu te hydreauliczne heble i w ogóle cały rower. Ledwo się toczył.

Z Bolonii na czuja (nie miałem jeszcze mapy Włoch w Garminie) pod górę w kierunku jakiejś miejscowości na "C". Spoko, coś się zaczęło dziać.


Na dole, za zbiornikami wodnymi często ujeżdżana przeze mnie autostrada A1 w kierunku Florencji, Rzymu...

Powrót do Bolonii też spontanicznie. Znowu do centrum...

Trochę się rozpadało. Na dodatek zerwałem łańcuch na środku placu (chyba był źle spięty). Na ziemi pełno konfetti (wcześniej odbywała się jakaś impreza dla dzieci). Moja upartość nie pozwoliła mi pozostawić we Włoszech tak poważnej części do mojego roweru (zapasowa była w torebce podsiodłowej). Jedna połowa spinki wisiała w łańcuchu a drugiej szukałem na obszarze kilku metrów kwadratowych. Po chwili podszedł do mnie jeden Makaron i pytał co się stało. Przypadkowo jakiś idący turysta kopnął w ową spinkę, po czym zabrzęczała :). Uradowany spiąłem łańcuch i pojechałem do auta...

Kilometrów niewiele. Dwie godziny z kawałkiem... Lepsze to niż się kisić w aucie.
Więcej fot TUTAJ.



MTB z nutką enduro pod Magurką Wilkowicką

  • DST 123.00km
  • Teren 20.00km
  • Czas 07:02
  • VAVG 17.49km/h
  • Podjazdy 1690m
  • Sprzęt Górska szosa
  • Aktywność Jazda na rowerze
Niedziela, 23 lutego 2014 | dodano: 24.02.2014

Ilość adrenaliny wyzwolonej w moim ograniźmie w niedzielny, słoneczny dzień rozwaliła mi kompletnie to coś co mam między uszami (zwane potocznie mózgiem). Ale od początku. Długo nie jeździłem z powodów defektowych mojego Kellysa. Znowu te koła - pękające szprychy i brak czasu na zainteresowanie się problemem. Przeserwisowany widelec z Meridy czekał... ale w Bielsku. Na szczęście Bodziek w Cisownicy założył szprychę, wycentrował tylne koło i w niedzielę można było ruszać do Bielska na facebookowe wydarzenie pt. "Niedzielne Emtebe i Ęduro. Single, hopki... i dużo techniki". Na dodatek tekst: "Nie gwarantujemy nic... oprócz dobrej zabawy" uświadamiał mnie, że to nie możę być pomyłka. Moje zainteresowanie się tematem kompletnie rozjaśnił wytwór K4r3la z ostatniego, bardzo podobnego wypadu. Okazuje się, że część ekipy bbRiderZ i spora grupa endurowców (w tym Remigiusz Ciok - 5cio krotny wicemistrz Polski w MTB, serwisant mojego widelca z Meridy i reanimator kół z tegoż roweru :)) od jakiegoś czasu urządzają sobie zabawy w okolicach Bielska na (jak się okazało) genialnych, trudnych dla mnie technicznie, dzikich trasach.
Dzień wcześniej, w sobotę wieczorem spędziłem trochę czasu nad modyfikowaniem położenia konusów na osi tylnej piasty (przy okazji serwis, bo po 1000km w łożyskach była błotna breja). Ponadto wymiana klocków hamulcowych z przodu i z tyłu. Jakoś mi ten rower nie chciał hamować... Okładziny nie było już prawie wcale (bardzo szybko się straciły). Poza tym wytwór Tektro budził moje podejrzenia...

Strzał w dziesiątkę. Rower zaczął spowalniać jak należy.
Do Bielska jak zwykle bokami. Wszystko poprzedzone pobudką o 6 rano (ale mi się nie chciało). W lesie przez Jaworzem.

Docieram do Bielska bardzo sprawnie (z Marzeną, która dołączyła pod lotniskiem). Pod Gemini dwóch ędurowców :). Reszta (w ilości porażającej) przykulała się nieco później... Razem 18 (20?!)  typów! fot. Remigiusz Ciok.

Na Magurkę asfaltem, ponieważ szlaki obecnie są kompletnie rozorane. Podjeżdżało się bardzo fajnie, choć druga połowa z efektami dźwiękowymi dochodzącymi z żołądka była nieco padaczna. Na górze poczkalnia na pozostałych enduraków i chwila na jedzenie.


To co stało się potem - aaaaAAA. Po prostu rewelacja. Na zjeździe wąsko, między drzewami, baaardzo technicznie z kamieniami i korzeniami (w umiarkowanej ilości). Masa urozmaiceń. Jakieś chopki, agrafki, balans ciałem... Moja jazda oczywiście była bardzo asekuracyjna, ale bawiłem się świetnie! Dalej kawałek szutrówą i powtórka z rozrywki. M_A_K_A_B_R_A (w pozytywie). Trochę nerwowych sytuacji ale co tam :). Dojeżdżamy do stromej jak diabli kiepy w dół... Nie ma szans z moimi zdolnościami. Sprowadzam, bo szkoda życia. Na dodatek v-breaki w rowerze, ale to prawie w niczym mnie nie usprawiedliwia. Wariaci oczywiście zjeżdżali!


Pełen szacun! Coś ruszającego się: Rafał z glebą a po nim Remik... Bez komentarza!
http://www.youtube.com/watch?v=eS5SBDo4KX4
Remik z góry:
http://www.youtube.com/watch?v=aZyW_Mp9iBQ
Dalsza część w dół równie porywająca. Dojazd do asfaltu i znowu do góry. Wyjazd do około połowy i w dół częściowo trasą downhillu. W paru miejscach odpuściłem, ale trasa zrobiła na mnie niesamowite wrażenie. Kapeć Rafała po drodze i krótka poczekalnia:

Po zjechaniu z Magurki rozkład ekipy. Kilkoro z nas pojechało jeszcze na Kozią Górkę (niecałe 700m.n.p.m.). Zaliczyłem po drodze bardzo primitywnego dzwona na korzeniach. Co za wstyd w takim miejscu... Na podjeździe przyjemnie, choć mocno zagotowałem się w słońcu. W drodze na Kozią peletony ludzi. Na górze też niezła frekwencja!

Zjazd z Koziej pod przewodnictwem Pawła (cygański las). Poprawka tego co miałem na trasach enduro, choć mniej ekstremalnie. Świetnie!
Do Cieszyna w krótkim kawałku z Pawłem, który wyrwał swoje dwie pociechy na rower (w tym jedną w siodełku). Przyjemnie i fajnie towarzysko. W Wapienicy pożegnanie i pocisk do domu. W Górkach przerwa na snickersa. Kręciło się bardzo fajnie. 

To co przeżyłem przekroczyło moje wszelkie pojęcie. Ludzie kompletnie zakręceni na punkcie zabawy na rowerze (znaczna część endurowców jeździła wcześniej na MTB i dalej zresztą jeździ). Ślad trasy obowiązkowo ląduje w miejscu zasłużonym w folderze pt." Miodzio!". Na pewno tam wrócę! Świetna ekipa, masakrycznie dużo zabawy, sporo adrenaliny i... w ogóle.. zajebiście!
Ilość w pionie z bikemap, ponieważ w drodze powrotnej padły mi baterie (nie ładowałem od ostatniego tripu "z buta" i nie wziąłem zapasowych - trasa od Jaworza doklikana).

Route 2,445,353 - powered by www.bikemap.net



Mały Stożek, Soszów

  • DST 128.00km
  • Teren 20.00km
  • Czas 06:49
  • VAVG 18.78km/h
  • Temperatura 4.0°C
  • Podjazdy 1583m
  • Sprzęt Górska szosa
  • Aktywność Jazda na rowerze
Niedziela, 2 lutego 2014 | dodano: 08.02.2014

Zimowego kręcenia z grupą bbRiderZ ciąg dalszy. Tym razem zebrała się grupka czterech rowerzystów wyrażających niezmierne, jednakowe chęci wspólnego kręcenia pedałami. Oprócz mnie byli to: Marzena, Maciek i Grzegorz. Reszta albo nie miała czasu albo... coś tam im wypadło. Mała kupa ludzi jest co prawda gorsza niż wielka kupa, ale to zawsze jednak kupa... a nie solo! Plan: Wisła, Mały Stożek, Soszów, do Nydku, przez Budzin i do Bielska/do Cieszyna. Ale chwila chwila...
Ostatnimi czasy  piaseq (zwany inaczej szefem bbRiderZ) zorganizował coroczną akcję produkcji ciuchów bbRriderZ. Z ogromną chęcią załapałem się na to przedsięwizięcie. Nie wniosłem absolutnie nic do tego wydarzenia oprócz zadeklarowania ilości elementów ubioru, rozmiaru i wykonania przelewu. Ciuchy się wyprodukowały :). Przed zbiórką na stadionie w Wapienicy udałem się do Bielska do Pawła aby odebrać kilkukilogramową paczkę z tymi fajnymi szmatkami :). Jakościowo biją na głowę to co miałem do tej pory. Absolutny rewelejszyn!!!! 2 kpl lato (koszulka + spodenki) + bluza + 2 kpl nogawki/rękawki, bandama, skarpetki.


Spotkanie o 9 na stadionie w Wapienicy, krótkie smarowanie mojego łańcucha i w drogę. Przez Jaworze Nałęże nieznanym mi wariantem do Górek. Wcześniej Grzegorz wykłada się na środku gładkiej drogi na prawym zakręcie. Z Górek przez Lipowski Groń z morderczym wiatrem w twarz. Do góry po płytach i już byliśmy na szutrówie. Chwila przerwy na małe conieco, bo trochę zgłodniałem. Spod Lipowskiego Gronia do Ustronia. Humory się udzielają i skaczemy po ławce z radości...

Mała i Wielka Czantoria.

Dalej w dół w kierunku Wisły. Pojechaliśmy wzdłuż wałów po szutrówce do tego miasta... Krótka wizyta w sklepie przy rondzie i asfaltem w stronę Kubalonki. Po niedługim czasie w prawo w górę początkowo po asfalcie, potem po płytach w kierunku Stożka. Podjazd ma tam miejscami ok. 25%. Było bardzo ok. Pocisk pod górę :).

Trochę wyżej czas na obowiązkowy postój, którego przyczyna za chwilę.

Tej euforii z jazdy na rowerze nie będziemy opisywać...

... ponieważ szkoda miejsca. Lepiej wypełnić go takim zdjęciem... Ochodzita po prawej, za nią Rachowiec a w tle Tatryyy (nieco podkręcone w photoshopie, bo były słabiej widoczne na zdjęciu niż w rzeczywistości)...

A to Stożek z trasą narciarską (to nie ta ścieżka z przodu tylko ta bardziej z tyłu - wzdłuż linii drzew biegnącej od szczytu w lewo na dół; kończy się dolną stacją - czerwony dach).

Pod Małym Stożkiem. Jedziemy w prawo w kierunku Cieślara.


Podjazd. Nawierzchnia coraz ciekawsza.

Przez Cieślar fenomenalnym, czerwonym szlakiem pokrytym śniegiem docieramy na Soszów. Na zjeździe do schroniska zaliczam przyjemną glebę - wybitnie ślisko. Raz, że rower nie hamował to dwa - opony typu terenowy slick nie trzymały.

Górna stacja kolejki.

Trochę klaty Maćka przy schronisku.

Zrezygnowaliśmy z Nydku i zjechaliśmy z Soszowa niebieskim szlakiem do Wisły Jawornik. Maciek z Grzegorzem jechali fajnie. Ja ślizgałem się jak diabli. Marzena zalicza po chwili kontakt z gruntem. Mało co a też bym fiknął. Chwilę potem po drodze rozmowa z grupką młodych, przyjemnych turystów. Mniej więcej takiego typu: "Że jak? Że w zimie na rowerze? Że co? Nie wyciągiem, tylko wyjazd na rowerze?" Czułem się jakbyśmy prawie spadli z kosmosu! A tu taka radocha z jazdy :).

W drodze w dół do doliny na leżącym cienkim, złamanym drzewie zaliczam drugą w tym dniu glebę. Tym razem była mniej przyjemna, ponieważ upadłem na nadgarstek, który od razu przypomniał mi o snowboardzie. Potem było małe posiedzenie nad czymś ciepłym do zjedzenia w knajpie. Po posiedzeniu przejazd wzdłuż Wisły do Hermanic gdzie sie pożegnaliśmy. Ekipa pojechała do Bielska a ja czując przypływ sił podkręciłem trochę tempo i przez Bładnice, Ogrodzoną sprawnie dojechałem do Cieszyna.
Kolejny rewelacyjny wypadzik w łagodnych zimowo klimatach. To ja lubię! Dzięki wszystkim za uczestnictwo. Niezwykle bajerancka jest jazda w takich warunkach i w takiej ekipie!
Jedyny minus to defekt koła w Kellysie. Powtórka z rozrywki z tym co było w Meridzie. Szprychy, szprychy, szprychy... Strzeliła jedna a reszta się bardzo poluzowała. Miał być rower na usyfione asfalty. Z racji, że zima jest łaskawa to praktykujemy jeżdżenie po górach. No i mamy kwiatki... a Merida bez widelca. Poza tym szkoda jej na takie warunki...

Route 2,427,834 - powered by www.bikemap.net



Mroźny, zimowy, czeski klasyk

  • DST 82.00km
  • Teren 20.00km
  • Czas 05:06
  • VAVG 16.08km/h
  • Temperatura -8.0°C
  • Podjazdy 1497m
  • Sprzęt Górska szosa
  • Aktywność Jazda na rowerze
Niedziela, 26 stycznia 2014 | dodano: 27.01.2014

Taka zima (pod kątem rowerowym) to ja rozumiem. Nie dość, że niedawno było wyjątkowo ciepło to teraz przyszły spore celsjuszowe minusy a więc same plusy dla jazdy na rowerze. Brak ciapy, syfu, wilgoci…. W trakcie mojej ostatniej zdrowotnej niedyspozycji (przeziębienie nabawione w deszczowych, chłodnych Włoszech) zamiast rowera było conieco chodzenia po górach i lodowisko. Ale przyszła Niedziela. -8 stopni na termometrze i słońce wraz ze znakomitą porcją świeżego śniegu. Żal nie pokręcić na bicyklu przy takim głodzie jazdy! Dzień wcześniej, w sobotę wymyśliłem sobie Slavić od Moravki i w dół przez obydwie Łomne (Górną i Dolną). Ruszyłem około 10 z zapasem m.in. 2l gorącej herbaty w dwóch termosach (w plecaku). Przez Ropice, Hnojnik do Ligotki po świetnych, ośnieżonych, bocznych drogach.
Velopoli

Z Komornej przejazd również bocznymi, ośnieżonymi asfaltami pod Praszywą (dogłębnie oklepany) do Moravki. Przez całą tą boczną drogę często unikałem ubitego przez samochody śniegu na rzecz miękkiej, kilkucentymetrowej warstwy świeżego puchu. Odlot!
Pod Praszywą:

Łysa Góra bardzo niewyraźna.

Z Moravki w stronę Visalajów również w znacznej mierze po ośnieżonych drogach.
Zbiornik na rzece Moravka:

Na rozjeździe w stronę Slavića krótkie nagranie. Część osób już widziała... takie tam farmazony :).
http://www.youtube.com/watch?v=YhRZcBGaSH0&list=HL...
W stronę Slavića bardzo wygodnie, niezbyt stromo, lecz bez potencjału z mrozem w dolinie -12 stopni. Resztki przeziębienia i potok z nosa...

Prawie na górze... Uhh :). Bajecznie!


Chata Slavić

Ja z Wielkim Połomem w tle...

Panorama...

A tu sprawca całego zamieszania...

Zakładany zjazd ze Slavića do Górnej Łomnej mi się nie widział. Że dalej asfaltem? Że po płaskim - a właściwie lekko z górki? Błe. Pojechałem w klasyk czyli na Kamenity, przez Kałużny na Ostry, powrót pod Szyndzielnię i na Javorovy. Bezsprzecznie idealny pomysł!
Przed chatą Kamenity, spod Kałużnego... widok na Kozubovą...

Mionśi Vrch, Velka Polana... z tyłu Wielki Połom...

Szlak w stronę Ostrego bardzo, bardzo fajny. W miarę przyczepnie, w świeżym puszku. Chata pod Ostrym...

Spod Ostrego powrót na rozwidlenie szlaków i dalej w stronę Sindelni. Tutaj jazda z mieszanymi uczuciami. Zmarznięta, przeorana przez leśników wyboista droga dała się mocno we znaki mojej głowie. Nie tyle psychicznie co z powodu ogromnego bólu. Każde większe "tąpnięcie" roweru na nierówności przypominało moje przeboje przy założonym (pierwszy raz na nogach) dzień wcześniej snowboardzie. Kilkanaśnie sezonów na nartach i zachciało mi się spróbowania parapetu. Ilości rąbnięć głową w śnieg nie da się policzyć na palcach dwóch rąk. Dobrze, że miałem kask, choć ten czasem jakby nie pomagał.
Z Sindelni już fajnie. Podjazd na Javorovy z jednym uślizgiem. Poza tym całość wyjechana. Szczyt (1031m n.p.m.).

W stronę Małego Javorovego w takim szpalerze...

Mały Javorovy, widok w stronę Praszywej. Po lewej szczyt Javorovego (dwa zdjęcia wyżej) na którym byłem 10 minut wcześniej.

Z Małego Javorovego niebieskim do Gutów i przez Nebory do Cieszyna. Na zjeździe dosyć konkretnie zmarzłem, ale -10 stopni i brak ruchu nie może dać innych efektów. Poza tym wyłożyłem się przy małej prędkości na skrzyżowaniu (sama szklanka) dobijając do reszty mój prawy nadgarstek (również po przejściach na snowboardzie).
Trip bardzo udany! Głowa trochę pocierpiała, ale wrażenia niesamowite. Oszronione i ośnieżone drzewa robiły niesamowity klimat. Nie mniejszy niż trzeszczący śnieg pod kołami! Temperatura średnia -8 stopni. Na Slaviću w słońcu 0. W dolinach -11, -12. Moravka -5. I niech mi ktoś teraz powie, że rower i zima to zło?! No way!

Route 2,422,692 - powered by www.bikemap.net



Zimowa eksploracja Javorovego

  • DST 78.00km
  • Teren 35.00km
  • Czas 05:22
  • VAVG 14.53km/h
  • Temperatura -1.0°C
  • Podjazdy 1710m
  • Sprzęt Górska szosa
  • Aktywność Jazda na rowerze
Niedziela, 12 stycznia 2014 | dodano: 12.01.2014

W sobotę wybrałem się "z buta" na Javorovy. Zaplanowany trip trochę się wydłużył i z 13km zrobiło się 20km. W czasie pieszej wędrówki było zdecydowanie więcej czasu na rozglądanie się wokół siebie niż podczas jazdy na dwóch kołach. Szliśmy niebieskim szlakiem od Gutów i i pewnym momencie, na wysokości dolnej stacji wyciągu orczykowego trasy czerwonej zobaczyłem gruntowo-błotnistą ścieżkę odchodzącą w bok, biegnącą równolegle do trawersu (kilka metrów niżej) na długości ok 20-30m. W dalszej części odchodziła ostro w dół po zakręcie. Pomyślałem, że trzeba to zbadać na rowerze. W dalszej części pieszej wycieczki zauważyłem również godną ścieżkę ze śladami rowerowymi ale po zachodniej stronie Javorovego niedaleko Gutskiego Siodła przy żółtym szlaku. W niedzielę planowana była kontrola Beskidu Małego czyli wypad do zamiejscowego oddzialłu bbRiderZ (Andrychów i okolice). Nie wypaliło z powodu pogody. Ruszyłem więc w niedzielną eksplorację celem zbadania zauważonych dzień wcześniej ścieżek. Wyjazd o 9. Przez Nebory do Gutów skąd niebieskim (tym bardziej zachodnim) szlakiem w stronę Gutskiego Siodła. Jechałem za ścieżką i szybko zboczyłem ze szlaku. Fajnie ale miejscami nie dałem rady. Trochę wąsko, nieco stromiej i w konsekwencji trochę z buta... Po prostu przegrałem z terenem. Wbiłem ponownie na niebieski, którego końcówka po zjeździe z trawersu już była super. W sam raz na młynku bez problemów. A tu początek początków, tuż za nieoczekiwanym zboczeniem z niebieskiego...

Przez Gutskie Siodło i w stronę niebieskiego (bardziej na wschód) szlaku po ośnieżonych szutrówach. Śnieg o charakterze rozkruszonego styropianu. Przyjemnie.

Na wysokości wspomnianej dolnej stacji wyciągu skręciłem w singiel. Oto jego początek:

Rozkosz z jazdy psuły co chwilę posotoje na fotki aby pokazać Wam co piszczy w tym singlu. A piszczy głośno!



Końcówka trochę szerzej ale na fajnym odlocie (pagórki czyli flow).

Tutaj może lepiej widać...

Ostatki...

Singiel kończy się... może ze 100m, 200m od źródełka. Okazuje się, że owy singiel to... stary niebieski szlak w stronę Javorovego (resztki szlaku widziałem na drzewie)! Od jakiegoś czasu zauważam, że Czesi zmieniają ciekawe pod względem rowerowym, techniczne szlaki na zwykłe szutrowe trawersy. Dla leniwych pieszych jest to wygodnie, bo nie tłuką się po kamieniach i korzeniach (choć na tym singlu jest ich stosunkowo niewiele). Ale bez przesady! Niech tam jeszcze asfalt wyleją... Stary szlak to wyraźna ścieżka biegnąca w lewo do góry (możliwa do podjechania ale mi trochę brakło). Całość wyjezdna. Końcowy zakręt w prawo stromy. Dziś było mokro i moja łysa opona objechała ale jak będzie sucho z wyraźnym klockiem na tyle to da radę.
Po wyjechaniu singla wbiłem na niebieski i nim na Javorovy.

Im wyżej tym więcej sniegu ale bez przesady. Wyjazd na właściwy szczyt z improwizacjami. Jakieś skoki w bok w dzikie ścieżki. Widać na śladzie... Na górze z 2-3cm "styropianu". Super.

Zjazd w stronę żółtego/Sindelni bardzo nerwowo. Przekroczenie bardzo cienkiej granicy zablokowania przedniego koła z łysą oponą było bardzo niebezpieczne. Czasem z asekuracją luźnej nogi (poza pedałem). Udało się. Wjechałem w żółty szlak. Sporo było na nim liści, które w połączeniu z luźnym "styropianem" tworzyły niezłą zadymkę wylatującą spod kół, Fantastyczne uczucie jazdy w czymś takim.

Zjazd żółtym miał być do Gutskiego Siodła ale kolejne kłopoty z przyczepnością zmieniły plany. Wbiłem w jakąś boczną drogę. Pełno jakichś dzikich leśnych ścieżek. Zjeżdżałem powoli w dół celem dotarcia do drugiego singla. Mijam jakąś chatkę, lekko w dół i widzę ślady po kilku przejazdach rowerem w poprzek drogi leśnej. Patrzę w prawo w dół - singiel, w lewo do góry - też singiel. No to bajka! Niestety baterie w aparacie padły a ja zapomniałem zabrać zapasowych... Pozostało focić starą, zarżniętą prawie na amen Nokią. Nie interesowała mnie dolna część tej ścieżki tylko gdzie się ona zaczyna. Coś tam podjechałem ale 90% prowadziłem do góry. Dolna część (fajnie wyprofilowane zakręty).

Trochę wyżej:


No cóż tu dodać...

Trasa jest wymagająca. Jest wąsko, miejscami stromo ale na pewno ciekawie! Dwie minuty po opuszczeniu początku tego singla (w stronę szczytu Javorovego) mijam trzech gości na rowerach enduro. Raczej amatorzy. To wszystko tłumaczy. W życiu bym tam nie zjechał na takim wyposażeniu mojego roweru (hamulce i przede wszystkim opony). Przyjdzie poczekać do wiosny i na Meridę, której widelec obecnie jest w serwisie.
Z Javorovego w stronę Małego Javorovego i niebieskim w dół. Trochę podjazdów i zjazdów (z rozbawianiem siostrzenic idących z buta na górę). Z Javorovego w stronę Kałużnego przypadaną śniegiem trasą biegową. Zjazd do Tyry i przez Trzyniec, Leszną, Kojkovice do Cieszyna. Świetnie było poznać dwa fantastyczne warianty zjazdowe. Trzeba poczekać do wiosny i zbadać wszysko w przyzwoitych warunkach. Na tripie sporo improwizacji i ślisko to też tempo słabe.

Fotki lepszej jakości tutaj (lepiej widać pierwszy z singli): Zdjęcia

Route 2,411,961 - powered by www.bikemap.net






Soszów, pod Stożek

  • DST 78.00km
  • Teren 10.00km
  • Czas 04:38
  • VAVG 16.83km/h
  • Podjazdy 1046m
  • Sprzęt Górska szosa
  • Aktywność Jazda na rowerze
Sobota, 4 stycznia 2014 | dodano: 04.01.2014
Uczestnicy

Towarzyska wycieczka terenoznawcza w spokojnym tempie, bez napinki. Pięć osób. Oprócz mnie: Arek z Pogwizdowa, Waldek, Andrzej i Jacek. Przez Kojkovice do Trzyńca. Dalej do Bystrzycy, Nydku, wzdłuż doliny i na Soszów wygodnymi szutrówami. Szutrówa przecinała żółty szlak (zjeżdżałem nim kiedyś). Podjechałem nim do góry , bo zawsze coś tej techniki zostaje w takich sytuacjach. Poszło bez większych problemów. Szlak ten, przynajmniej w górnej części jest spoko. Z Soszowa czerwonym przez Cieślar i pod Stożek (Mały Stożek). W dół do Wisły i do domu. W górach mokro po opadach deszczu. Jest jeszcze trochę lodu a więc zabawa była przednia.
Czeskie "autostrady" w górach.

Już bliżej Soszowa.

Soszów. Widok na Czantorię.

Tam jedziemy (kierunek Stożek).

Jest cudnie... Uwielbiam takie urozmaicenia na szlaku.

Z Cieślara w dół w stronę Stożka.

Końcówka po fragmencie klasyku Beskidu Śląskiego (Czantoria-Kubalonka)...


Zjazd spod Stożka.

Taką autostradę budują z niebieskiego w stronę trasy zjazdowej. Przyszła trasa biegowa? Nie wiem...

A, jeszcze wspomniana trasa zjazdowa. Warunków na narty nie ma.

Bawiłem się dziś wybitnie aparatem więc zdjęć jest trochę więcej ->> Więcej Zdjęć

Route 2,405,680 - powered by www.bikemap.net





Noworoczne kółko po asfaltowych przełęczach

  • DST 179.00km
  • Teren 5.00km
  • Czas 08:02
  • VAVG 22.28km/h
  • Temperatura 3.0°C
  • Podjazdy 2184m
  • Sprzęt Górska szosa
  • Aktywność Jazda na rowerze
Środa, 1 stycznia 2014 | dodano: 01.01.2014

Nowy rok i nowe kilometry czas zacząć. Miało być bbRiderZowe leczenie kaca po sylwestrze przy ognisku oraz ewentualnie krótki wypad w góry. W drodze do Bielska, w Goleszowie dzwoni Maciek i wszystkie plany poszły się paść z powodu, nazwijmy to "niedyspozycji" tych, którzy zadeklarowali swoją obecność. Zmieniłem plany i obrałem kierunek na Wisłę. Pogoda taka sobie. Kiszka na drodze, miejscami mokro i błotnista maź wydostająca się spod kół. Mijając wyciąg Siglany w Wiśle myślałem czy nie uderzyć niebieskim na Stożek ale przy takiej aurze mijało to się z celem. Postanowiłem pojeździć dziś po asfalcie. Wyjechałem na Kubalonkę i dalej w stronę Stecówki. Już od Wisły Głębiec zaczął padać drobny śnieg. Na Kubalonce nie ma go w ogóle i w kwestii biegania na nartach nastała cisza w eterze.

Na Stecówkę po czarnym asfalcie. Z tyłu Ochodzita na której postanowiłem się zjawić zjeżdżając uprzednio do Istebnej.

Do Istebnej zjechałem i przejechałem się krótkim, asfaltowym fragmentem trasy maratonu MTB w Istebnej ( w stronę Ochodzitej). Nie wiem czemu nie podjechałem wcześniej po płytach na Meridzie. Teraz poszło nadzwyczaj sprawnie. Stromizna w jednym miejscu jest dość duża. Jest jeden fakt: w Meridzie na kasecie jest 32 a w Kellysie 34. Nie będę jednak ich zmieniał...
Na Ochodzitej bez szału z widokami.

W tamtym kierunku postanowiłem jechać. Po lewej Tyniok i za nim Barania Góra.

Pojechałem w stronę Lalików i Żywca.

Przejechałem przez Kamesznicę po czym bokami do Węgierskiej Górki. 

Przez Radziechowy i Wieprz do Żywca. Wlot do tego miasta. W tle browar...

... a po kilku kilometrach Kredyty Chwilówki leżą na boku... Kilku chłopa pewnie wystarczyło :).

Z Żywca miałem jechać przez Szczyrk i Salmopol. Poczułem jednak niepohamowaną ochotę przejechania się przez przełęcz Kocierską i Targanicką. Obrałem kierunek wschodni wokół Jeziora Żywieckiego. Dalej w stronę Andrychowa.

Podjazd na przełęcz poszła całkiem sprawnie jak na moje siły. Średnie przełożenie z prędkością 9-12km/h. Na górze SPA i inne pierdoły dla wygodnych. Sporo spacerowiczów.



Z Kocierskiej w dół w stronę Andrychowa i w lewo na Przełęcz Targanicką w kierunku Porąbki.
Przełęcz Targanicka i dwóch towarzyszy z którymi porozmawiałem z 10 minut.


Z przełęczy w stronę Porąbki przez Wielką Puszczę. Brakło mi płynu w bidonie. Stanąłem przy gościu, który brał ją do baniaków ze źródła (ale poniżej zabudowań). Nie ręczył za nią bez przegotowania dlatego zrezygnowałem z zabrania do bidona.

Z Wielkiej Puszczy przez Porąbkę, Kęty i dalej bocznymi drogami przez Pisarzowice w stronę Bestwiny i Czechowic. W Pisarzowicach się ściemniło. Na szczęście Żabka była otwarta i kupiłem sok + napój Oshee (podobny do tego, który piłem ostatnio ale w litrowym opakowaniu). Takie siuśki o smaku owocowym niby z witaminami. Całkiem całkiem...
Z Czechowic przez Landek, Iłownicę, Gołysz, Ochaby i Dębowiec do Cieszyna. Dębowiec.

W pełni udana inauguracja 2014r. Jechało się całkiem dobrze. Teraz będzie trochę mniej czasu na jeżdżenie...

Route 2,403,086 - powered by www.bikemap.net




Robienie góry: Błatnia i okolice Grabowej

  • DST 102.00km
  • Teren 30.00km
  • Czas 06:01
  • VAVG 16.95km/h
  • Temperatura 8.0°C
  • Podjazdy 1645m
  • Sprzęt Górska szosa
  • Aktywność Jazda na rowerze
Niedziela, 29 grudnia 2013 | dodano: 29.12.2013
Uczestnicy

Od pewnego czasu zastanawiam się nad tym co tkwi w fenomenie przemierzania górskich szlaków wraz z ekipą bbRiderZ. Żadna, ale to absolutnie żadna moja wycieczka/wyprawa z tą bandą zakręconych ludzi nie zawiodła moich oczekiwań. Nawet ostatnie moje zgonowe Goczałki rozeszły się po kościach z pozytywnymi wspomnieniami. Opisywany tutaj trip zapowiadał się wybitnie ciekawie. Z Wapienicy na dziko na Błatnią, zjazd do Brennej i na (a właściwie pod) Grabową (również na dziko). Odległość dzieląca mnie od miejsca zbiórki (stadion w Wapienicy) jest zawsze pewnym mankamentem, który staram się przełknąć bez bólu. Niedzielne wstawanie o 6 do przyjemnych raczej nie należy, ale za każdym razem zaciskam zęby i jadę maksymalnie bokami właśnie do Wapienicy. Schodzi dłużej i jest dalej ale za to droga w porządku. Wyjeżdżam o 07:20, dojeżdżam o 8:45. Na miejscu czeka Maciek ze swoim... 8 czy 9cio kilowym rumakiem na karbonowej ramie. No ale jak się człowiek zna na rzeczy i serwisuje w Polsce samego Marka Konwę... Po chwili dołącza Grzegorz z brakiem powietrza w widelcu. No to pompujemy...

Nadjeżdża Marzena, Paweł, Konrad, Rafał, Marcin i Ewelina. Zaczynami kręcić w stronę zapory w Wapienicy. 9 osób! Nie mogłem uwierzyć, że to się dzieje naprawdę. Dwudziesty dziewiąty grudzień dwa tysiące trzynastego roku. Osiem stopni na plusie. Frekwencja lepsza niż na niejednym wypadzie w lecie. Po czasie uderzamy we wspomniany dziki podjazd. Ewelina niestety rezygnuje, ponieważ od jakiegoś czasu cierpiała na ból kolana i właśnie tego dnia wybitnie jej doskwierał. Pedałujemy dalej w ósemkę. Totalnie odjazdowa, średnio-trudna wspinaczka na której przeszkadzają gałęzie raz po raz wplątujące się w napęd i szprychy. Kończy się stosunkowo szeroka ścieżka i wlatujemy na wąską ścieżkę pokrytą liśćmi. Na zakręcie Grzegorz efektownie glebuje, ale żyje :).

Tak to wyglądało z dalszej perspektywy.

Jedziemy dalej do góry. Droga po chwili staje się szersza a przed oczami wyrasta nam niezła kiepa do góry. Nie była jednak aż tak uciążliwa. Wszystko do podjechania. Maciek został gdzieś z tyłu (telefon czy coś), dlatego po chwili na krótko przerywamy kręcenie.

Sposobu w jaki Grzegorz swoimi "godowymi" okrzykami szukał Maćka w terenie nie da się opisać. Kupa śmiechu, rogal na twarzy w kształcie półkola. Wszystko wypłoszone! Po prostu... Cały Grzegorz :). Wytaczamy się na Błatnią w okolicy rancza prześwietnym singlem. Miód na moje serce! Miazga! Na Błatniej jesteśmy chwilkę po czym zjeżdżamy do Brennej zielonym szlakiem. Super. Widoki też były przednie. Tutaj Brenna Kotarz i Skrzyczne w chmurach.

Po zjechaniu w dół w Malwie chleb ze smalcem i - kto chciał - grzane piwo. Ja nie wziąłem, bo strasznie mnie osłabia.

Z knajpy jedziemy do Brennej Hołcyny i dalej trasą w znacznej części pokrywającą się z tegoroczną edycją maratonu MTB w Wiśle (jechałem tam w lecie).

Po powyższym postoju już nie jest tak lekko. Sporo błota, wody, brak przyczepności. Jedni jadą, drudzy prowadzą. Coś tam ujechałem ale skapitulowałem po kilkurotnym obrocie korby bez poruszania się do przodu.

Wyjeżdżamy na górę i tu widać wyraźny efekt ostatnich wiatrów. Cały szlak od Grabowej w stronę Starego Gronia zawalony wiatrołomami. W tym miejscu nawiązanie do tytułu tego wpisu: ćwiczymy górę. Bicepsy, tricepsy, klata. Rower na plecy i przedzieranie się przez tor przeszkód. Momentami trudno było znaleźć jakiś sensowny wariant, Wyglądało to mniej więcej tak:

Ale było i tak :). Bo w kupie jest siła!

W dalszej części powalonych drzew trochę mniej. Przed Starym Groniem.

Ze Starego Gronia zjazd czarnym do Brennej, Miejscami fajny odlot po darni. Końcówka kamienista. Paweł i Konrad na sztywniakach (zimówkach) musieli dostać nieźle po łapach. Brenna w całej okazałości.

Po zjeździe w stronę Górek Małych wałami Brennicy z dwoma przejazdami przez wyschnięte, wąskie dopływy tej rzeki. Świetne przeciążenie rąk, gdy w ułamku sekundy ze zjazdu robi się podjazd. W dalszej części bocznym asfaltem do Górek Wielkich. Tam pożegnanie się. Bielska ekipa pojechała przez Jaworze do BB a ja pod wiatr przez Lipowiec, Kozakowice do Cieszyna. Mega, super, hiper trip ze sporą ilością śmiechu i pełną irytacją podczas skakania z rowerem na plecach po drzewach. Było bombowo. Do zaś!!!

Route 2,401,007 - powered by www.bikemap.net



Mały Javorovy z Grzegorzem

  • DST 46.00km
  • Teren 10.00km
  • Czas 02:46
  • VAVG 16.63km/h
  • Temperatura 13.0°C
  • Podjazdy 1105m
  • Sprzęt Górska szosa
  • Aktywność Jazda na rowerze
Sobota, 28 grudnia 2013 | dodano: 29.12.2013

Przypadkowo zgadałem się z Grzegorzem (członkiem ekipy rowerowej z Cieszyna) na wspólny trip po czeskich górach. Miałem w planach ambitne kręcenie od wczesnych godzin rannych ale przegrałem z łóżkiem a potem z siostrzenicą. Nie mogłem odmówić jej zabawy. Grzegorz napisał mi na fb, że coś by pokręcił w sobotę po robocie. Start 12:30. Klasyk klasyków czyli Javorovy od Rzeki przez Gutskie Siodło zielonym szlakiem. Zielonego od Rzeki na Javorovy się nie da opisać. To trzeba przejechać. Początki podjazdu to asfalty i szuter... Grzegorz w początkowej podjazdowej akcji. Już po dobrnięciu do Rzeki z mocnym wiatrem centralnie w pysk.


W stronę Gutskego Sedla takie przeszkody na trawersie... Trzeba się było przedzierać przez krzaki i samosiejki.

Gutske Sedlo. Nie wiem... 700m z czymś n.p.m. Albo trochę mniej... Nieważne...

Z Gutskego Sedla lekko trawersem do góry i w prawo na zielony. Szlak ten zaczyna się godnym, kilkudziesięciometrowym podjazdem, którego jeszcze nie podjechałem w siodle. Tym bardziej, że teraz w Kellysie mam totalnie zjeżdzone opony. Trochę mi jeszcze brakuje, ale jest tam co robić. Pozostała część szlaku w całości wyjezdna. Doskonała ścieżka po stoku. Można ćwiczyć technikę w terenie. Nie obyło się jednak bez przeszkód.

Simle.

Grzegorz ponownie.

Cud miód i orzeszki. Asfalt jest beeee...

Na górze fajne widoki na Czantorię i inne górki.

Nie mogło zabraknąć Kofoli (tylko lana z kufla tak dobrze smakuje). Zjadłem też dwie zupy czosnkowe (mniam).

Z Javorovego ponownie, już któryś raz niebieską trasą narciarską i zielonym do trawersu. AAAaaaa... Wypas. Trochę trudniej podjechać na raz (bardzo technicznie) ale wkrótce może dam radę.

Zjazd do źródełka w Gutach/Oldrzychowicach i w dół przez Nebory, Ropice do Cieszyna. Zachód słońca przed Ropicami.

A teraz na zakończene - film autorstwa Grzegorza niedługo po wyjechaniu na górę :). Było gites!

http://www.youtube.com/edit?video_id=qTpmwcNXMy8&video_referrer=watch

Piwa nie było ale kofola owszem.

5 tys stuknęło. Szału nie ma ale jak na mój tryb pracy i moje możliwości - jestem zadowolony. Jeszcze na początku grudnia bym nie pomyślał. Natura spłatała figla i można kręcić i kręcić przy takiej pogodzie!



Świąteczna Magurka Wilkowicka

  • DST 119.00km
  • Teren 20.00km
  • Czas 06:18
  • VAVG 18.89km/h
  • Temperatura 10.0°C
  • Podjazdy 1892m
  • Sprzęt Górska szosa
  • Aktywność Jazda na rowerze
Środa, 25 grudnia 2013 | dodano: 26.12.2013
Uczestnicy

Pierwszy dzień Świąt Bożego Narodzenia spędzony na rowerze. Chciałem w ten sposób uniknąć oglądania telewizyjnego materiału dotyczącego spalania nabranych za stołem kalorii. Nie wyobrażam sobie kiszenia czterech liter na wchłanianiu tego wszystkiego. Zdrowe święta? W ten sposób? Przecież to sprzeczność! Głównym jednak powodem ruszenia tyłka było przede wszystkim moje świąteczne zderzenie się z rodzimą, bielską grupą bbRiderZ oraz z jej zamiejscowym - jak to się mówi - "ośrodkiem dydaktycznym" reprezentowanym przez dwóch zgranych Jakubów (jakubiszon i k4r3l / kolejność przypadkowa). Pobudka o 06:40 przeciągnęła się na 07:00 (po pójściu spać o 2 w nocy po pasterce nie rozumiałem dlaczego tak wcześnie dzwoni budzik w telefonie). Z wielkim bólem zwlokłem się z łóżka ale wizja wspólnego rowerowania przytrzymała mnie w pozycji pionowej. Rzut oka na termometr: 10 stopni w plusie. Niezły kawał. Start po 8. Dla urozmaicenia do Bielska na zbiórkę o 10 pod Gemini nieco innym wariantem. Z Cieszyna przez Ochaby, Gołysz, Iłownicę, Rudzicę, Międzyrzecze, Mazańcowice i Komorowice. 52km. Na około zawsze jednak bliżej... ;). Docieram o 10 ze średnią trochę powyżej 26km/h na grubych laczach. Nie wiem jak to możliwe przy moim potencjale. Wiało mocno i większość w plecy.

Przy Gemini czekają Marzena, Maks (miło było poznać) i Maciek. Paweł i Listonosz (Marcin) docierają z małym poślizgiem. Na początku wszyscy "palili" się do jazdy. Huragan w pysk oraz teksty "W Święta na rowerze... kto to widział", "Ja dziś w ogóle nie jadę...". Ale humory dopisywały i przy znikomym ruchu na drogach zajmowaliśmy bez skrupułów całą szerokość pasa. Po chwili napatoczył się kierownik mechanicznego pojazdu, który wyprzedzając nas z jednoczesnym trąbieniem dostał świąteczne pozdrowienie rozpoczynające się od "c..." a kończące na "...lu". Niedługo trwała jazda asfaltem po czym Paweł stwierdził: "Przecież ma być MTB". Wbiliśmy w teren i po sympatycznych korzeniach i kamieniach oraz ścieżce spokojnie toczyliśmy się do góry. Fotka poniżej już w końcowej fazie tripu - przejeżdżaliśmy to dwukrotnie.

Po kilkuset metrach nasz szlak przecięła nowowybudowana autostrada. Rozpoczęła się akcja "ciekawe dokąd ona prowadzi". Szeroka, ledwo co zrobiona gruntowa droga była pełna wilgotnej, gąbczastej gleby. Opony po kilometrze jechania do góry urosły do rozmiarów niemieszczących się w widełkach/klockach hamulcowych i cały napęd, wraz z kółkami zalepił się błotem. Patyki w ruch. Widząc odchodzący w bok trawers i brak sensu babrania się w dalszym błocie udaliśmy się nim w stronę czerwonego szlaku i dalej do góry na Magurkę. Moje braki w sile i technice jazdy w terenie kończyły się miejscami kapitulacją i waleniem z buta. Paweł i Maciek w okrzykach walili do góry jak przystało na prawdziwych riderów. Mi szło jako-tako. Coś jechałem, coś butowałem. Super widoki po drodze ze Skrzycznem w roli głównej. Fotka Pawła.

A jeszcze jedno... W komplecie.

Czerwony jest świetny, szczególnie do zjazdu. Końcówka trochę śliskawa, co mnie się bardzo podobało.

W schronisku biba pełną parą wraz z dodatkami do napojów. Kupa śmiechu :).

Marzena zadbała o odpowiednie wyposażenie:

Po czym każdy przybrał rolę Św. Mikołaja :).

Wspólne dzielenie się...... kabanosem... czyli gwóźdź programu ;-).

Wspólna fota przed schroniskiem na pożegnanie.

Maks zjechał asfaltem, Dwa Jakuby do Porąbki improwizując na lodzie. Karel, kaj ty tam jedziesz... ;)

W dół czerwonym i w końcówce na czarny. Rewela z odrobiną adrenaliny na czarnym. Już prawie na dole.

Po zjechaniu pokręciliśmy się jeszcze po lesie w okolicy ul Żywieckiej w poszukiwaniu singli. Dobre to było, choć miało charakter wybitnie poszukiwawczy i zjadający średnią, która spadła do 17km/h. Potem do Maćka umyć rowery. Na Karpackim pożegnanie z Pawłem. W trójkę: ja, listonosz i Marzen pokręciliśmy w stronę Aleksandrowic. Na lotnisku zwiało tą ostatnią przez krawężnik w płot... (!). Niezła wichura :). Ja już samotnie przez Jaworze Nałęże, Górki Szpotawice, Lipowiec, Kozakowice, Goleszów do domu. Jak to mówią: wmordęwind napierał niesamowicie. Spowolnienie z prędkości 25-30km/h do 10km/h było normalne. Świetna jazda inaczej. W Goleszowie się ściemniło.

Do Cieszyna warunki się nie zmieniły i jazda znacznie trudniejsza niż zwykle trwała już do końca. Wspaniali ludzie, wspaniały trip. To się nazywa dobre spędzenie wolnego czasu. A nie sałatki, mięso, ciastka, ryby i ziemniaki! ;-)