Kaplica wokół Goczałek
-
DST
138.00km
-
Czas
06:19
-
VAVG
21.85km/h
-
Temperatura
2.0°C
-
Podjazdy
1090m
-
Sprzęt Górska szosa
-
Aktywność Jazda na rowerze
Kaplica czyli zgon. Umówiona jazda z bbRiderzami wokół Goczałek - klasyczna zimowa runda. Zbiórka o 10.00 w sobotę w Wapienicy. Entuzjazm spory, ale on nie ukręci pedałami. Trzeba jeszcze siły a tej jakoś brakowało. Dzień wcześniej trochę podkręcone lodowisko. Po nim poszedłem spać bez kolacji. Rano 4 skromne kiełbaski na śniadanie i może tu tkwił problem. Nie ma wymówki - beznadzieja. Już od początku jechało się jakoś dziwnie. Bez tego czegoś, choć drogom w Kozakowicach koło Goleszowa nic nie można było odjąć - ciekawie.

W Wapienicy mam mały poślizg. Jazda bokiem przez Górki Szpotawice i Jaworze Nałęże wymaga pokonania 38km. Czyli dalej niż starą jedynką do Bielska. Ale nie będę jeździł tymi koleinami wśród samochodów. Po przyjechaniu na miejsce zbiórki myślałem, żeby coś zjeść/napić się czegoś ale czteroosobowa grupa wyburzyła do przodu. Ledwo po wyruszeniu, po ok. 2km Bartek zalicza spektakularną glebę (na śliskim asfalcie) przed przejazdem kolejowym. Wyłożył ale fikuśnie i na szczęście bez konsekwencji. Maciek na szosie z Grzegorzem i wspomnianym Bartkiem (na góralach) zmieniali się w trójkę i pojechali w cholerę. Ja w miarę upływu czasu byłem coraz bardziej osłabiony i znużony. Kręciłem bez polotu za Marzeną w okolicach 23-25km/h. W Zabłociu, po 70km bez brania niczego do ust, przy zawrotach głowy i chęci spania stwierdziłem, że to nie ma sensu i muszę coś zjeść i koniec. Tak to jest u mnie, że jak nie pojesz to nie pojedziesz. Niech jadą w p...u. Grupa jednak poczekała. Ja zjadłem bułkę, banana, zapiłem ciepłą herbatą z termosu i po chwili przyjemność z jazdy wywróciła się do góry nogami (kołami). Było ok. Na zaporze Jeziora Goczałkowickiego chwila na jedzenie i trochę śmiechu. Od lewej: Grzegorz, Marzena, Maciek, Bartek i ja.



Po powrocie do Wapienicy zaproszenie na kawę u Marzeny, która mnie pobudziła. Poszedłem jeszcze do sklepu kupić 1l Coca-Coli, izotonik i jakiś wynalazek od Oshee megnezowo - coś tam. Dobre to było i podziałało. W drodze powrotnej aby nieco urozmaicić jazdę przelot przez Łazy, Wieszczeta i Kowale. Dalej przez Pogórze, Simoraz, Dębowiec do Cieszyna.
Kościół w Łazach.

We Wieszczetach (kojarzę z dzieciństwa-strony mojego taty)

W Simoradzu fajny widok na czeskie góry. przy zachodzie słońca. Łysa i Javorovy bardzo wyraźne.

Nie ma sensu trzymać tej sobotniej kiczowatej jazdy w głowie. Było, minęło.
Route 2,396,179 - powered by www.bikemap.net
Kontrola trakcji na Javorovym
-
DST
72.00km
-
Teren
10.00km
-
Czas
04:34
-
VAVG
15.77km/h
-
Temperatura
-2.0°C
-
Podjazdy
1346m
-
Sprzęt Górska szosa
-
Aktywność Jazda na rowerze
Bardzo szeroko i w szybkim tempie kształtował się mój uśmiech podczas niedzielnego tripu na Javorovy. W zasadzie po co ja to piszę, skoro prawie zawsze tak mam na rowerze... W tym przypadku jednak trzeba to podnieść do kwadratu lub do sześcianu. Trójosobowa, cieszyńsko-goleszowska ekipa (ja, Kazik i Andrzej) umówiła się na asfaltowy trip na Javorovy. Wyszło o wiele ciekawiej. A wszystko za sprawą sporych ilości lodu i zmrożonego śniegu na górskich ścieżkach (znacznie inaczej niż dzień wcześniej na Praszywą). Wycieczka na której nie liczy się średnia prędkość a walka z przyczepnością. Było idealnie. Bawiłem się świetnie. Chłopaki trochę gorzej. Tym bardziej, że Andrzej musiał zrezygnować w połowie podjazdu z powodu założonych slicków - za moją informacją o sobotniej, asfaltowej Praszywej. Nie przewidziałem, że będzie tak hardcore'owo. No ale to północny, zaciemniony podjazd. Moje zajeżdżone opony z Meridy na lodzie oczywiście się ślizgały ale na zmrożonym śniegu szły jak czołg ;). Perfecto!
Do Tyry od Trzyńca jeszcze po asfalcie:

Bliżej podjazdu też względnie. Z tyłu bezpłatny parking dla "osobaków":

Początek podjazdu i niewielkie lodowisko.

Dalej trochę więcej śniegu i spuszczanie powietrza z kół.

Dalej coraz ciekawiej. Wygląda z górki ale trzeba mielić pod górę.

Andrzej po chwili niestety odłączył. Sam próbowałem... Nic tylko rozłożyć ręce... Zero trakcji.
Z Kazikiem na górę. Napotkany narciarz z Karviny. Warunki na nartach biegowych podobno całkiem całkiem.

Na górze Małego Javorovego.
Niebieską trasą narciarską w dół i dalej zielonym do trawersu Pod Małym Javorovym (ok 740m.). Niezły jazz! Korzenie, kamienie i lód. Wyborne połączenie.

Po trawersie.

Niżej...

W Tyrze czas na zmarzniętego snickersa.

Miało być do Trzyńca i do Lesznej. Ale trzeba było jeszcze zaliczyć podjazd pod Koziniec. Łańcuchów nie trzeba było zakładać za to sił w pedały trochę włożyć...

Po skręcie na szutrowy trawers w stronę Ostrego lodowiska ciąg dalszy. W tym miejscu tylne koło mi "klejzło" i musiałem zmienić tor jazdy.

W prawo na Ostry a my w lewo w dół niebieskim do Bystrzycy.

Przez Nydek na przejście graniczne (noga po krótkim jedzeniu fajnie deptała po pedałach) i na Budzin.

Na Budzinie koniec wspólnej jazdy. Ja w drodze do Cieszyna chcąc uniknąć asfaltów puściłem się czarnym w stronę Dzięgielowa. Masa nasiąkniętej ziemi i błota. Opony urosły do jakichś 2,5 cala i cały rower upierpapierniczył się od brązowej brei. Ale cóż, jazda na rowerze zgodnie z tradycją musi się kończyć pucowaniem.
Żermanice, Dobra, Prasiva
-
DST
65.00km
-
Teren
6.00km
-
Czas
03:26
-
VAVG
18.93km/h
-
Temperatura
-1.0°C
-
Podjazdy
986m
-
Sprzęt Górska szosa
-
Aktywność Jazda na rowerze
Pojechałem dziś sprawdzić jak jeżdżą moje alternatywne dwa koła, które nabyłem jakiś czas temu. Drobne nieporozumienie ze sklepem Xtrabike zostało zakończone pomyślnie. Przyszedł drugi konus do przedniej piasty (oba miały wżery). W piątek wieczorem po powrocie z Włoch wylądowałem w piwnicy i złożyłem ową piastę do kupy. Tylną już miałem przeserwisowaną. Piękne, sobotnie słońce i wolne po południu - nie ma innej możliwości jak rower. Start po 12. Pierwsza połowa dystansu to całkowita improwizacja - na ślepo, na czuja.
Kellys jeździ przyzwoicie. Wszystko fajnie, super ale amortyzowany widelec zalicza się do grupy uginaczy jedynie z nazwy (wiedziałem o tym i zamierzam go wkrótce zmienić na sztywny). Przez Koniaków do Terlicka - Hradiszcze. Niespodziewanie po lewej stronie wyrósł mi jakiś pomik rzeźb czy coś takiego.
Fota wynalazku:
Inne kamienie:
Przejechałem drogę 474 na prosto i po czasie i minięciu kilku domów wjechałem na szutrówę przez las. Miodzio.
Potem esy floresy po polach z małym "zaminowaniem" (ślepa ścieżka). Wjechałem znowu na asfalt i do Żermanic. Jezioro:
Woda zimna - dla morsów:
Dalej przez Lucinę i Pazderną w stronę Nosovic i fabryki Hyundaia. Po drodze wpadłem na pomysł wyjechania asfaltem na Praszywą. Przed podjazdem w Vysnich Lhotach łyk ciepłej herbaty (z termosu). Było ich kilka już wcześniej:
Podjazd na Praszywą po oszronionym asfalcie (w miejscach niedostępnych dla słońca). Na zakręcie trochę lodu.
Za zakrętem już ok:
Na górze zmrożony śnieg i trochę lodu.
Postanowiłem zjechać czerwonym szlakiem. Bardzo turystycznie. Jest ok. Trzeba go będzie kiedyś podjechać.
Nie mam wątpliwości, że dobrze zrobiłem biorąc Meridę na tarczowych hamulcach hydraulicznych. Co prawda są to podstawowe heble Shimano ale siła hamowania jest przeogromnie większa. Bez porównania! Z początku miałem wrażenie jakby ten Kellys nie miał spowalniaczy ;). Zjechałem w dół, założyłem kominiarkę (przewiało mi czerep na zjeździe) i na pół gwizdka do domu przez Hnojnik i pola golfowe w Ropicy. Byłem tylko na śniadaniu (konkretnym), bez żadnych przekąsek po drodze. Koło 15:30 już trochę mnie odcięło. Błąd. Jutro (niedziela) też jakieś czeskie górki. Javorovy itp.
Wieczorne śmiagnie w BB
-
DST
86.00km
-
Czas
04:16
-
VAVG
20.16km/h
-
Temperatura
-2.0°C
-
Podjazdy
1109m
-
Sprzęt Merida Matts TFS 500-D
-
Aktywność Jazda na rowerze
Wieczorna śmiganie w Bielsku-Białej czyli zimowa akcja wspólnego tłuczenia kilometrów orgnizowana na fb przez bbRiderz. Start z reguły o 20 w Bielsku przy pomniku Reksia. Sobotę miałem wolną, ale do popołudnia musiałem załatwić jedną sprawę. Wieczór do dyspozycji. Ochraniacze na szłapy przyszły dzień wcześniej więc można oficjalnie rozpocząć zimową jazdę na rowerze. Niestety Merida musiała wchłonąć trochę syfu z asfaltu a to dlatego, że nie otrzymałem w przesyłce prawego przedniego konusa do piasty więc potencjalny zimowo-szosowy Kellys nadal pozostał "uziemiony". Włożyłem semi-slicki, bo miało być po asfalcie, ale nikt nie powiedział, że pokrytym śniegiem ;). Trasa jak to po asfalcie-generalnie szału nie ma. Do Bielska nielubianą przeze mnie starą jedynką. Do Świętoszowki sucho, potem więcej syfu i śniegu. Temperatura -2 stopnie.
W Bielsku przy pomniku Reksia byłem przed 20. Po chwili dojechał Karol na ostrym kole. Co ten człowiek robi na tym rowerze... Mega kontrolowane uślizgi na lodzie to jego konik. Tego się nie da opisać. To trzeba zobaczyć. Po nim Konrad a na końcu Paweł (piaseq). We czwórkę jazda w okolicach Bielska. Potem do Wapienicy i do leśniczówki. Super zabawa na śniegu i na semi-slickach 1,75'. Pomyśleć, że specjalnie je włożyłem na jazdę po "asfalcie" ;). Karol odłączył od grupy przy lotnisku. Fota we trójkę. Paweł, Konrad i ja.
Do Marzeny na herbatę uzupełnić braki w termosie (wielkie dzięki). Chłopaki pojechali w stronę Bielska a ja Cieszyńską do domu.
Świętoszówka.
Chwilę przed zrobieniem foty (przed północą) podjechał radiowóz (policaje) i rozmowa rozpoczęta przeze mnie:
- Dobry wiczór.
- Dobry wieczór.
- Przerwa na coś gorącego tak?
- Noo, herbata z termosu.
- Ale nie z prądem?
- Niee, z sokiem.
- Udanej jazdy (czy coś takiego).
I pojechali.
W Miedzyświeciu zjadłem bułkę. Do Cieszyna bez szaleństw (jak na całej trasie). Miejscami zamarznięte kałuże i skromne światło przez rowerem. Ochraniacze - mega! Cieplutko cały czas, bez żadnych przewiań itp. Super bajer za 80 zł. Shimano Blaze. Zimą nie jest źle. Trzeba się dobrze ubrać i ciorać na rowerze! No i termos w plecaku obowiązkowo! Wieczorne śmiganie bardzo fajne. Jeszcze tam zawitam.
Ropiczka, Moravka, Kotaż
-
DST
55.00km
-
Teren
20.00km
-
Czas
03:24
-
VAVG
16.18km/h
-
Podjazdy
1251m
-
Sprzęt Merida Matts TFS 500-D
-
Aktywność Jazda na rowerze
Blisko 3 (trzy) tygodnie bez roweru zakrawało już o zbrodnię. Jak miałem wolne (choć było tego niewiele) to padało. Jak nie padało to lało. Ująć to można po czesku: do piczy! W międzyczasie zakupiłem drugiego, używanego dwukołowca celem zrobienia z niego szosy (Kellys Magic z 2009r). Kellys jest na vkach, z tandetnym widelcem Suntoura i ma 1000km za sobą. Włożę do niego wąskie opony i będzie jak znalazł na jeżdżenie po asfalcie (chociażby w gorszą pogodę). Jak to u mnie bywa zacząłem w nim grzebać i wygrzebałem wżery na konusach w przodzie (części zamówione). Poza tym ok, choć w tylnej piaście w łożyskach był mix smaru z wodą. Ale bez wżerów. Wyczyściłem, poskładałem i czeka na przednie koło. Wcale mnie to nie zdziwiło, że kilka rzeczy miał lepszych niż w mojej Meridzie. W końcu oczywistym jest, że im nowsze rowery tym gorszy osprzęt za większą kasę. Do Meridy włożyłem więc przednią przerzutkę SLXa (ma bezsprzecznie bardziej odporną konstrukcję na błoto niż Deore - a ta już była po przejściach - krzywa prowadnica) i manetki również SLX. Wydaje mi się, że mają lepszą kulturę pracy niż deore więc wylądowały na kierownicy.
W czwartek do południa kilka spraw na mieście. Wyjechałem po 12. Do Rzeki i w górę żółtym szlakiem w kierunku Ropiczki. Mokro i w górnej części sporo błota. Podjazd fajny, choć noga zaruściała. Kilka razy straciłem przyczepność i trochę przybutowałem. Poza tym krótki rękaw, bluza i kurtka to było zdecydowanie za dużo jak na blisko 10 stopni. Woda w chłodnicy mi się zagotowała... ;)
Czesi robią porządki w lesie to wszystkie szutrówy/drogi leśne zaczęły pływać.
Drzewo zwożą m.in. Marnymi Autami Niemieckimi. On ma na plecach bez zająknięcia 24t. Zjeźdżał 10-20km/h na niskim biegu i wysokich obrotach. Mądry szofer. Hamulce rzecz święta.
Drogi wokół chaty na Ropiczce w ogóle nie przypominały tych, które mam zawsze w pamięci.
Pod Wielkim Lipowym - 925m.n.p.m
Zjechałem w dół żółtym szlakiem do Moravki. Świetnie (również do podjazdu) ale na samym dole dosyć ostro. W górę w tym miejscu z buta obowiązkowo.
Natknąłem się na źródełko mniej więcej w połowie szlaku. Miejscówa bardzo klimatyczna. Nie widać na focie, ale sprawne oko fotografa i dobry sprzęt mógłby tu poczynić arcydzieło.
Z Moravki w górę niebieskim szlakiem.
Zjeżdżałem nim ostatnio. Podjazd cool, choć w jednym miejscu 300m stromo w górę. Może gdyby było sucho i przy kasecie 34T dałbym radę. Musiałem trochę podejść...
Po wypychu. Z tyłu Travny (1203 m.n.p.m).
Przed chatą Kotaż rzut okiem na Kralovną - Łysą Górę.
Z Kotaża niebieskim do Komornej (szedłem nim raz z buta do góry). Oj, fenomenalnie ale baaardzo technicznie z mnóstwem korzeni. Początek boski. W lesie nerwowo - mokro na korzeniach. Po wyjeździe z lasu nie było lepiej, bo oprócz korzeni i wąskiej ścieżki znalazła się poważna skarpa po prawej. 10 sek po tym jak pomyślałem co by mogło się stać gdybym poleciał na prawo - poleciałem. Przeważyło mnie na tych skurczybykach. Wypiąłem się z pedałów. Zleciałem niecałe 10m metrów w dół robiąc z 2 fikołki do tyłu. Przy jednym z nich odbiłem się kaskiem od gruntu. Jako, że byłem świadomy tego co się dzieje, rozłożyłem ręce i nogi i po chwili się zatrzymałem. Rower stanął 2 metry nade mną. Było nerwowo, ale absolutnie nic mi się nie stało. Kto tam szedł ten wie, że ściana tam jest niezła. Zjazd do Komornej i jeszcze trochę po asfaltowych górkach przez Velopoli i Horni Żukov. Trip z kategorii: wypucuj i nasmaruj napęd a wracaj przy całkowicie wyschniętnym i zasyfiałym łańcuchu. A więc obowiązkowa "zabawa" przy rowerze niedługo po powrocie do domu i można znowu jeździć... Nie cierpię patrzyć na upierniczony rower wołający "weź zrób coś ze mną".
Wietrznie: Błatnia, pod Klimczok, Szyndzielnia
-
DST
107.00km
-
Teren
40.00km
-
Czas
06:45
-
VAVG
15.85km/h
-
Podjazdy
2503m
-
Sprzęt Merida Matts TFS 500-D
-
Aktywność Jazda na rowerze
Co za pogoda. W sobotę huraganowy wiatr skutecznie utrudniał jazdę. Plan był ambitny, bo zamierzałem obrócić tripa od Górek Małych przez Błatnią, Klimczok (dawno zapomniałem jak tam jest), Karkoszczonkę, Salmopol, Malinowską Skałę na Skrzyczne. Założyłem nowe opony, bo na starych to była już przesada. Kenda Karma 26 x 2.0 na drucie. Wyjazd o 7mej. Chętni bbRiderZi mieli dołączyć. Do Górek standardowo bokami. Wlot na zielony szlak i na Zebrzydkę (z początku ok, potem z buta ze 100m pod ścianę). Potem po takich liściach:
i dalej czerwonym przez Czupel, Wielką Cisową w stronę Błaniej. Wygląda bardzo fajnie ale to tylko fragment. Na podjazdach luźne kamienie i walka z przyczepnością/równowagą.

Na Wielkiej Cisowej dzwoni Marzena, że jadą od Wapiennicy na Błatnią. Wszystko byłoby ok, gdyby Paweł (piaseq) nie postanowił przetrzepać Marzeny i Marcina po dzikich szlakach. Inaczej mówiąc - urządzić im górskiej wyrypy. Mocno zniecierpliwiony oczekiwaniem na nich przy schronisku na Błatniej, doskonale zdający sobie sprawę, że z czekania nic nie ma, zjechałem 100m w dół (w pionie) do krzyżówki szlaków niebieskiego i żółtego. Myślałem, że będą podjeżdżać którymś z nich. Zaczęły się zabawy w moim wykonaniu i jeździłem tam i z powortem (raz niebieskim, raz żółtym szlakiem próbując ich wypatrzeć). Na Błatnią na górę zjeść banana i kanapkę i znowu w dół, na górę (co by w nogach coś pozostało), w drugą stronę do góry itd. Natłukłem chyba z 300m w pionie.
Po ok 90 minutach oczekiwania towarzystwo wytarabaniło się w końcu na górę. Kilka fotek:

Ranczo na Błatniej.
Koń postanowił się uwolnić:
Czarne indyki :):
Ujechaliśmy razem z... 500 (pięćset) metrów. Moje plany trochę się pozmieniały... Marzena zjechała z Marcinem w dół a ja z Pawłem pojechaliśmy do góry w stronę Klimczoka i Szyndzielni. Z Szyndzielni mega wyśmienity zjazd do Dębowca.
A to co było za niedługo przekroczyło moje oczekiwania. Podjechaliśmy w stronę Cybernioka po czym Paweł przewiózł mnie po genialnym trawersie zmieniającym się w mrożący wręcz krew w żyłach singiel nad przepaścią. Miazga!!! W dół do Jaworza, do Marzeny na dwie kawy i do domu. Co by w niewielkim stopniu nadrobić zaprzepaszczone Skrzyczne postanowiłem się zarżnąć na bardzo trudnej trasie górskiej prowadzącej z Ustronia pod Małą Czantorię (na Budzin). Po drodze miałem skurcze, bolało mnie serce i drętwiały mi nogi. W jednym miejscu zemdlałem. Tym razem obyło się jednak bez czekanu.
Z Budzina szutrówą do Lesznej i przez Kojkovice do domu. Skrzyczne poczeka. Ja miałem dobrego tripa z dużą radością w trakcie tłuczenia się po szlakach, których było śmiało 40km (mierzyłem).
Duża i Mała Czantoria + takie tam
-
DST
51.00km
-
Teren
25.00km
-
Czas
03:38
-
VAVG
14.04km/h
-
Podjazdy
1246m
-
Sprzęt Merida Matts TFS 500-D
-
Aktywność Jazda na rowerze
W środę późnym wróciłem wieczorem z Włoch i niemal od razu wziąłem się za porządne pucowanie roweru (trwające do zaawansowanych godzin nocnych). Demontaż przerzutek i korby. Nafta i dokładne mycie wszystkiego. Pogoda następnego dnia cudowna. A że miałem wolne to poskładałem wszystko do kupy i po południu pojechałem na Dużą i Małą Czantorię. Na Czantorię czerwonym szlakiem z przejścia turystycznego Gora.
Początek trochę mokry (nie widać):
Potem perfekcyjnie:
Jedyny fragment delikatnie w dół:
Dotarłem do klasycznej krzyżówki czerwonego i szutrówy od Nydka. W tle Barania Góra:
Czantoria szczyt:
Zjechałem w dół do górnej stacji kolejki. Turystów żadnych nie było. Armatki czekają na zimę. Z tyłu Równica a po prawej Błatnia i inne pagórki.
Z powrotem na szczyt technicznie do góry. Fajnie. Z Dużej Czantorii na Małą szlakiem koloru czarnego. Ehh ta jesień... Poezja.
Na Poniwcu wybudowali czteroosobową kanapę. To już zdaje się piąty wyciąg krzesełkowy w Ustroniu i Wiśle (nie licząc wyciągu na Czantorię), który powstał w ostatnim czasie.
Bliżej:
Trzymałem czarnego szlaku, choć zgubiłem go na zjeździe. A to dlatego, że skupiałem uwagę na tym co może kryć się pod liściami. Na Budzinie wjechałem w niego znowu i spod Tułu pojechałem nim w stronę Goleszowa. Świetnie. Trochę po lesie i do domu.
Kilometrów mało, całkiem dużo terenu co mi akurat nie przeszkadza. Trochę trwało zanim się rozkręciłem ale z każdym kilometrem coraz lepiej jechało moje wozidło ;).
Sponiewierka na trasie mega maratonu w Istebnej
-
DST
129.00km
-
Teren
45.00km
-
Czas
08:02
-
VAVG
16.06km/h
-
Podjazdy
2450m
-
Sprzęt Merida Matts TFS 500-D
-
Aktywność Jazda na rowerze
Kuba z Andrychowa i Tomek z Bielska Białej niedawno temu brali udział w maratonie MTB w Istebnej u Golonki. W moim czerepie rodzą się często ambitne plany dlatego wpadłem na pomysł aby potłuc się po wyznaczonej trasie tegoż maratonu. Z relacji Kuby zerżnąłem ślad przejechanej przez niego trasy giga (Tomek jechał mega) z chęcią powtórzenia tego czynu. Zarzuciłem od razu ślad na Garmina. Piątek jako jedyny dzień w całym tygodniu okazał się być wolny, pogoda super (choć dzień wcześniej padało) więc jadę. Doświadczenie z ostatniej trasy mega maratonu w Wiśle nauczyło mnie, że będzie sieczka. Wyjazd o 7 (o świcie) z domu. Do Istebnej po pagórkowatym terenie przez Kojkovice, Bystrzycę, Pisek (ok. 40km). O 9 jadę już po trasie. Na początku asfalt do góry, potem teren. Ujechałem trochę terenem (wybornie), patrzę na wyświetlacz - przestrzeliłem skręt. Myślę, gdzie on kurka był? Wracam i weryfikuję leśną ścieżkę w dół. Ślisko, moje opony bez bieżnika nic a nic nie trzymają.
Na zjeździe w dół. Po lewej Ochodzita przez którą prowadziła trasa. Ale gdzie tam do niej...
Przestrzelenia zdarzyły się jeszcze dwa razy ale w miarę szybko się zorientowałem (byłem pełen podziwu z urozmaicenia trasy). A ta - jak to w maratonie - bezlitosna. Jak w Wiśle. Znowu góra-dół-góra-dół i tak w kółko.
Wyjazd na Stecówkę przez to skomplikowany. Straciłem orientację ale się odnalazłem jak byłem na górze. Zjadłem drożdżówkę. Dalej w stronę Karolówki z jednym zadziwiającym odbiciem w bok po drodze (idealny singiel). Potem esy floresy na górę po mniej więcej takim szlaku.

Z Karolówki w dół niebieskim szlakiem przez Tyniok. Fajnie się jechało. Jeden z ciekawszych moim zdaniem odncinków.
Ochodzita juz Bliżej a Jaworzynka we mgłach.
Z dołu ostro płytami pod górę w stronę Ochodzitej. Na odcinku kilkudziesięciu metrów jest taka drapa, że głowa mała. Nie znam w okolicy większej. Podjazd na Karkoszczonkę ze Szczyrku jest względny ale to? Prowadziłem kawałek. Wlot na DW 942 i na wzniesieniu płytami na szczyt Ochodzitej. Było ok.
Ochodzita:
Mała Fatra i Wielki Rozsutec:
Było też widać zarysy Tatr i wieeeele szczytów w tym Łysą Górę. Z Ochodzitej nerwowo w dół. Dojeżdżając szutrówą do asfaltu lokalnej drogi Jaworzynka - Laliki zrywam łańcuch na sworzniu. 10 min i jadę dalej. Większe bagno, sporo błota. Po mniejszych i większych bólach (rozorane, błotniste szlaki) docieram na stronę słowacką a tam jazda szczytami po łąkach. Fajnie.
W dół do wioski Cierne - okolice trójstyku PL/Cz/SK.
Z trójstyku do Hrcavy kiepa asfaltem w górę (po drodze jedzenie) i w stronę Bukowca. Przez przejście graniczne i zaś do góry. Potem w dół, znowu do góry i wbiłem na drogę wzdłuż Olzy skąd przyjechałem. Miałem w planach jeszcze zrobić giga (podjazd pod Stożek i po czeskiej stronie czerownym szlakiem) ale już bym chyba wykorkował. Poza tym rower by chyba tego nie wytrzymał. Pełno błota i trzaski z suportu. Z tylnej piasty dochodziły równie niepokojące dźwięki. Zaczynam się przyzwyczajać, że każda moja jazda na rowerze kończy się kompletnym pucowaniem napędu i całego roweru. Tym razem trzeba się będzie dłużej pobawić, bo obie przerzutki idą "out" do porządnego mycia. Korbę trzeba zdjąć, bo suport pewnie umarł. Ale to w przyszłym tygoniu, bo teraz czas na kolejny zryty weekend we Włoszech...
Trasa na bikemap ma tradycyjnie zaniżone przewyższenie (to, co wpisuję pochodzi z Garmina). Poza tym wykres wysokości nie oddaje w pełni tego, co jest faktycznie na trasie. Te wzniesienia wyglądają niepozornie ale w rzeczywistości w terenie są jedną wielką wyrypą. Zarżnąłem się porządnie.
AHA! Jeszcze jedno. W drodze powrotnej w Bystrzycy cholernie chciało mi się spać. Jak stanąłem przy sklepie to nogi mi telepotały jak galareta. Kupiłem kofolę i margota. Całkiem inna jazda. A Czesi wzdłuż torów realizują brakujące odcinki ścieżki rowerowej. Między Bystrzycą a Wędrynią zamiast odcinka po wydeptanej trawie usypali szuter (gdy jechałem w do Istebnej to walcowali) a dalej - w Wędryni zamiast średniawej jazdy po czymś takim (nie widać ale na całej długości było garby - bardzo nierówno):
zrobili równiuteńki asfalt. Trzeba przyklasnąć!
Mokry Chełm i Tuł
-
DST
63.00km
-
Teren
10.00km
-
Czas
03:26
-
VAVG
18.35km/h
-
Podjazdy
1073m
-
Sprzęt Merida Matts TFS 500-D
-
Aktywność Jazda na rowerze
Pogoda bardzo niepewna, ciemne chmury. Do Łączki na działkę z jedną przesyłką w plecaku przez Goleszów i Chełm. Chełm nazywany jest górą, chociaż trochę mu brakuje, bo ma... 460m n.p.m. Zanim wyjechałem na to wzniesienie pokręciłem się trochę po dzięgielowskim lesie. Nie wjechałbym w niego gdyby nie jedna kusząca ścieżka spostrzeżona z asfaltowej drogi. Mokro, grząsko, ślisko jak cholera. Za to sporo ciekawych singli. Pod część wzniesień nie dałem rady wyjechać z powodu braku przyczepności. Dziwne to, bo przecież moje opony mają jeszcze sporo bieżnika ;):
Gdzieś w buszu na dziko. Średnia spadła z 26km/h na 17km/h:
Pojechałem do Goleszowa. Chełm w oddali:
Asfaltowy podjazd pod Chełm jeszcze się zaczął a już się skończył. Na górze:
Widok na Kisielów i inne wioski.
Z Chełmu do Łączki ponownie po lesie szukając singli ale nie było żadnego. Za to trasy ujeżdżane przez motory crossowe. Zjechałem asfaltem bo innego wariantu nie znalazłem. Z Łączki przez Ogrodzoną, Bażanowice do Dzięgielowa i w stronę Tułu. Pod Tułem był chyba niedawno jakiś maraton... na raty? łot de fak?
Restauracja Pod Tułem:
Spod Tułu wbiłem na czarny w stronę Małej Czantorii ale było pełne bagno. Nawet nie dało się iść. Zawróciłem i pojechałem koło kamieniołomu
na Budzin. Po drodze mi dolało. Gdzie ta złota jesień? Będzie jutro i pojutrze (sobota i niedziela). Ale MNIE NIE BĘDZIE, dlatego muszę jeździć w deszczu.
Bliżej Budzina rozpadało się na dobre.
Na podjeździe zaczął lecieć jakiś biały syf z góry. Dotarłem mokry.
Pojechałem w stronę przejście turystycznego i nieco dalej popatrzyć jak wygląda czerwony szlak na Czantorię. Kiszka. Pełno błota. Do domu przez Leszną i Kojkovice. Szału pogodowego nie było ale nie miałem wyjścia przed czwartym już z rzędu zajętym weekendem... we Włoszech ;(.
Mały Javorovy
-
DST
50.00km
-
Teren
10.00km
-
Czas
02:50
-
VAVG
17.65km/h
-
Podjazdy
800m
-
Sprzęt Merida Matts TFS 500-D
-
Aktywność Jazda na rowerze
Dla polepszenia humoru i poruszania się dla zdrowia klasyczny, czwartkowy Mały Javorovy z Waldkiem (odreagowanie przed trasą do Włoch na weekend). Piękne jesienne kolory, wpaniała pogoda, aż chce się kręcić. O wiele lepsza jazda niż na Superiorze. Podjazd od Gutów/Oldrzychowic najpierw szutrówą potem zielonym (idealny, techniczny szlak). Zjazd z góry po niebieskiej trasie narciarskiej, potem zielonym do trawersu i dalej leśną ścieżką do Gutów. Z Gutów do Cieszyna przez Trzyniec i Kojkovice. Dzięki Waldek za zdjęcia i ślad.
Przy źródełku:
Na górze:


