Marek87 prowadzi tutaj blog rowerowy

Po włoskich górach...

  • DST 128.00km
  • Teren 40.00km
  • Czas 07:45
  • VAVG 16.52km/h
  • Podjazdy 2720m
  • Sprzęt Superior
  • Aktywność Jazda na rowerze
Niedziela, 6 października 2013 | dodano: 09.10.2013

Taka wspaniała, pogodna jasień a ja nie mam czasu na jeżdżenie na rowerze ;(. Weekend we Włoszech w Figline Valdarno niedaleko Florencji z obowiązkowym 45-godzinnym „wypoczynkiem”. Moja srebrna, zbyt mała, trochę cieżkawa rakieta czeskiej produkcji (rama Superior) z 6-rzędownym wolnobiegiem, widelcem SR Suntour za niecałe 200zł, z najprostszymi przerzutkami, najstarszymi na świecie menatkami shimano ALE z przekręconymi z meridy pedałami SPD (!) cierpliwie spoczywała na naczepie. W sobotę padało. W niedzielę początek dnia był niepewny, choć z wyraźnymi przejaśnieniami. O 9 pojechałem we wcześniej wyklikanego tripa w góry (na mapie na kompie widziałem całkiem nieźle wyglądające drogi prowadzące na wysokość 1450m n.p.m). Temperatura ok 17 st.C. Plan zakładał przejazd na drugą stronę gór do doliny, ponowny wjazd na górę i powrót. Start ku mojemu wielkiemu zdziwieniu po odpaleniu Garmina tylko z wysokości 120 m.n.p.m. z hakiem. Jak się okazało w okolicznych włoskich górach nie ma jakichś specjalnych wyrypów, stromych podjazdów. Widać to zresztą na profilu...

Za to cholernie się to wszystko ciągnie po tych całych Apeninach. Pierwszy wyjazd do góry trochę mokry, ale potem baaardzo fajny z takimi widokami...



Ośrodek turystyczno-wypoczynkowy w okolicach Saltino i Vallombrosa na wys. ok. 1000m n.p.m).

Potem wybornie w lesie aż na samą górę trochę węższym asfaltem. Początek podjazdu z Vallombrossa.

Po drodze:

Na górze, po blisko 25-kilometrowym podjeździe. Ok. 1450m n.p.m. O nie nie. Tam nie ma na tej wysokości kosodrzewiny! Mało tego! Ciężko znaleźć jakiegoś iglaka!

Jakaś tablica upamiętniająca coś z Niemcami... Nie wiem. Ja po włosku no capito...

W tą dolinę jadę a za nią kolejne góry. Gdzieś tam z tyłu daleko jest Adriatyk.

Drogi otwarte dla osobówek i chętnie ujeżdżane przez Makaronów. Sporo turystów chodzących po szczytowych szlakach z koszykami (na grzyby?). Na górze asfalt zmienił się w szeroooką drogę gruntową, którą nieco mniej intensywnie ale nadal jeździły osobówki tłukąc swoje zawieszenia (choć całkiem dobre te drogi).

Są i widoczne z autostrady A1 (autostrada słońca "autostrade del sole" Mediolan-Rzym) wiatraki. A krowy? Ani łańcucha ani nic... nigdzie nie pójdą przecież z 1450 metrów n.p.m.


Z tego co zauważyłem, drogi gruntowe w tych górach zaczynają się/kończą na wys. ok 980m.

Dalej pojechałem w dół w stronę Bibbiena (miałem tam ostatnio rozładunek). Już na dole przejeżdżałem przez wioskę Poppi a tam na znaku „Castello di Poppi” czyli mamy gdzieś zamek. Był akurat po drodze. Po chwili na wzgórzu pojawił się skurczybyk.

Centrum Poppi:

Czyż na tym zdjęciu nie widać, że ten mój pomykacz jest dla mnie za mały? Pozioma górna rura ramy trochę nad kolanem...

No i castello:


Pojechałem dalej do góry z przeświadczeniem, że muszę się wydrapać z 340m n.p.m. na ok. 900m n.p.m (z tego co kojarzyłem na kompie).
Widok z wyższej perspektywy na zamek i okolice Poppi/Bibbieny:

Jadę do góry asfaltem do ok 700m i postój na coś do jedzienia. Ruszam dalej... 900m wywala Garmin a tu dalej pod górę... 1000, 1100, 1200, 1300, no żesz kurka wodna (mać)... ;) Złapałem takiego doła, że musiałem zrobić kilka króciutkich postojów przy tablicach informacyjnych/mapach podczas tego podjazdu (celem urozmaicenia tej cholernej gruntowej, dłużącej się drogi. Osiągnąłem 1450m i to okazało się przełęczą... Uf. Widok w stronę doliny z której zaczynałem czyli Figline Valdarno i inne wioski:

Dosyć mocno wiało. Przez szczyty przetaczały się chmury:

Zjazd w dół drogą uczęszczaną przez samochody. Z kilkoma się minąłem (m.in.Subaru Impreza,BMW serii 5...


Widok z dołu na góry z których przyjechałem:


Dotarłem do celu/startu tripu pod wieczór. Taki też był plan tego turystycznego tripu. Uratowałem tym samym moją psychikę przez totalnym paraliżem spowodowanym siedzeniem w aucie przez cały dzień. Trochę ucierpiały moje plecy/szyja z powodu zdecydowanie zbyt małego roweru. Sama jazda na maksa ostrożna. Głupio byłoby coś narobić w górach kilkadziesiąt kilometrów od samochodu. Ani po nikogo zadzwonić więc ostrozności w tych przypadkach nigdy za wiele. Tyłek ruszony i wiem już mniej więcej co siedzi w tych włoskich górkach ;).
WIĘCEJ ZDJĘĆ TUTAJ: ZDJĘCIA



Lipi, Travny, Bily Kriż, Slavić...

  • DST 96.00km
  • Teren 50.00km
  • Czas 06:48
  • VAVG 14.12km/h
  • Podjazdy 2296m
  • Sprzęt Merida Matts TFS 500-D
  • Aktywność Jazda na rowerze
Niedziela, 22 września 2013 | dodano: 23.09.2013

Już niemal tradycją stał się powrót z Włoch o północy w niedzielę. W czasie wracania do kraju na słowackim radiu mówili o mgłach w dolinach w okolicach gór Kysuckich (od Kysuckiego Nowego Miasta na Słowacji koło Żyliny). Zacząłem rozmyślać o wschodzie słońca na Łysej Górze (w połączeniu z późniejszą całodniową ambitniejszą wyrypą po górach). W miarę zbliżania się do kraju pogoda się jednak zepsuła. W Trzyńcu późnym wieczorem zero widoków na wieżę Javorovego. Nie widziało mi się powtórzenie rozrywki z zeszłego roku. Ponadto kilka ostatnich zerwanych nocek bez pełnego odespania w ciągu dnia zmusiły mnie jednak do pójścia w kimono. Niedziela dzień święty, również dla rowera, a więc po 9 ruszyłem w góry. Cel Travny czyli nieco mniejszy brat Łysej Góry. Wstyd się przyznać ale jeszcze na nim nie byłem. Górka ma 1203m n.p.m. Żeby nie było za łatwo i aby natłuc jednak trochę metrów w pionie zaliczyłem chatę Kotaż z wcześniejszym nieplanowanym wdrapaniem się na dziko na szczyt Lipi (ok.900m n.p.m). O tym co „wyprawiałem” na w miarę łagodnym trawersie (z ostrzejszą końcówką na dziko) pragnę jak najszybciej zapomnieć. Totalny brak wszystkiego: chęci, siły… Czułem się jakbym po półrocznej przerwie wsiadł na rower. Na zmianę ciepło/zimno, dreszcze, duża wilgotność powietrza. Naprawdę trudno mi znaleźć przyczynę takiego stanu rzeczy. Zjadłem przecież na śniadanie całkiem duży talerz płatków owsianych. W akcie rozpaczy kręciłem kołami czy klocki za bardzo nie ocierają o tarcze… Przychodziły myśli zawrócenia do domu oraz te z rodzaju rzucenia rowerem o drzewo. W końcu na górze po częściowym wypychu:

Nie wiem co to za kamień "HF", pytajcie Daniela:

Po bardzo ciężkich bojach, spod chaty Kotaż zielonym szlakiem zjechałem do Moravki. Początek podjazdu trawersami na Travny i rozpięcie łańcucha. Szukanie spinki na asfalcie zakończone powodzeniem. Po niedługim czasie, po przetrwaniu chęci zaśnięcia na podjeździe zjadłem banana. Chwilę potem chęci do jazdy powróciły i nie było już tak okropnie jak na początku. Po drodze niezliczone ilości grzybiarzy a w ich rękach pełne koszyki grzybów. Byłem pod wrażeniem. Trawers w końcu skrzyżował się ze szlakiem niebieskim, który szedł od doliny Moravki (sądząc po poziomicach na mapie pewnie nie jest pod rower). Od trawersu szlak ten wyglądał bardzo zachęcająco (na prosto),:

dlatego zamiast kontynuować wygodną jazdę szutrówą pojchałem nim w stronę szczytu. Początek fajny ale potem trochę więcej luźniejszych kamieni, bardziej stromo i kilkaset metrów z buta. Końcowe 200m w pionie od Małego Travnego wyśmienite. Fajny, płaski i mokry singiel:

a potem techniczne korzonki i lekko pod górę po błocie i mokrych korzeniach - na młynku.

Jeden raz skapitulowałem. Na górze trochę dziko bez widoków.


Była za to książka do wpisów (tegoż – bardzo prymitywnego – popełniłem) w pudełku a w nim również… no właśnie. Hmmm… ;) Zobaczcie sami. Trochę się uśmiałem ;). Chyba odmiana geocatchingu:

Z Travnego, mimo ostrzeżeń starszego małżeństwa, że tam je „samo bahno”, pojechałem zielonym szlakiem do Visalaje. Bagno było, ale dopiero nieco niżej (równy szlak, którym ściągane jest drzewo – jesienne porządki w lesie; sporo błota – w sam raz aby było co robić przy rowerze po tripie czyli jeden wielki błotnisty syf… ;/). Visalaje:

Chata Sulov:

Z Visalajów czerownym szlakiem do Slavica – rewelacja (odwrotnie jak ostatnio z bbRiderzami na Łysą Górę). Poniżej na zdjęciu, zaraz obok mojej głowy Travny na którym byłem z godzinę wcześniej. Po lewej Królewna, czyli Łysa Góra:

Na szlaku:

Po drodze na szlaku bardzo fajne grzyby. Wyczytałem ostatnio na internecie, że im ciekawszy kolor tym są smaczniejsze. Takie okazy i nikt ich nie zauważył? Wziąłem na jajeczniczkę. Ich kolor i kształt kapelusza był wyraźnie ciekawszy niż to co widziałem w koszykach zbieraczy. Pewnie byli niedoświadczeni ;):

Dotarłem do chaty Slavić i pojechałem na szczyt właściwego Slavica ale żadnego kamienia/znaku na górze nie znalazłem. Fajna, leśna ścieżka ale nic więcej. Był tylko punkt geodezyjny - triangulacyjny i gieps pokazywał już szczyt oraz 1050m n.p.m.

Znowu grzyby. A ten jaki piękny! Też wziąłem:

Wróciłem do chaty Slavić. Mała panorama z dwóch zdjęć:

i dalej na Ostry czerwonym, już wielokrotnie przejeżdżanym, wybornym klasykiem. W miarę kolejnych przejazdów ten szczytowy szlak wydaje mi się być coraz krótszy. Podjechałem trochę do góry myśląc, że jestem na szczycie ale to był błąd. Jeszcze trochę brakło ;). Ależ ze mnie gapa.

Widok spod chaty pod Ostrym na Ochodzitą:

Z Ostrego żółtym szlakiem do doliny - Tyry bardzo ok. Dalej standardowo czyli asfalt do domu.
Fajna trasa, która zostanie w pamięci. Sporo błota na które moje zdezelowane i starte do reszty opony już się zdecydowanie nie nadają. Ale Kendy Karmy poczekają jeszcze do przyszłego sezonu ;).Gdyby nie ta kicha z dyspozycją na początku to byłbym bardziej uradowany. Pozostaje wyrzucić to z głowy - jak najszybciej! A teraz idę zrobić jajecznicę z grzybkami. Gdyby mnie tu nie było przez dłuższy czas to znaczy, że były trujące.



Żar, Magurka Wilkowicka i trochę o mnie

  • DST 152.00km
  • Teren 8.00km
  • Czas 07:42
  • VAVG 19.74km/h
  • Podjazdy 2345m
  • Sprzęt Merida Matts TFS 500-D
  • Aktywność Jazda na rowerze
Niedziela, 15 września 2013 | dodano: 15.09.2013

Jak by to ująć... Chyba najlepszym określeniem jest stwierdzenie : Dupa zbita ale nie spuchnięta ;). A to dlatego, że miał być Leskowiec w Beskidzie Małym (atak nr 2 w tym roku w moim wykonaniu). Poprzedzjące trip opady deszczu popsuły nieco plany. A te były miodne. Od tygodnia było wiadomo, że bbRiderZi zaplanowali takiego właśnie tripa - częściowo w myśl mojej propozycji: z Bielska przez Przegibek na Żar i czerwonym na Leskowiec (z pominięciem Gaików i Hrobaczej, którą zaliczyłem przy podejściu nr 1 tutaj). Robota układa mi się ostatnio dobrze (wole niedziele) i miałem wielką nadzieję, że w końcu dojadę na ten przeklęty i siedzący mi w głowie Leskowiec! A tym bardziej w TAKIM towarzystwie. Pozostaje mi ponownie stwierdzić: Może innym razem... ;(
Przyjechałem z Włoch o północy z sb/ndz, szybki wlot na fb a tam zmiana planów... Żar asfaltem z powodu złej pogody (byłem tam bardzo niedawno ale olać ten fakt). Opon nie zmieniałem na szosowe, bo seryjne meridy są już tak zjeżdżone, że wołają "zajeździj nas już do końca". Zbiórka w BB przy Gemini o 9. Pierwotna opcja Leskowca zakładała 7mą rano. O 4:30 dzwoni budzik i patrzę przez okno. Ciemno i widzę, że mokro. Idę do wyra. Wstaję o 6tej, niebo wydaje się być zachmurzone, przejaśnia się. Po 15 min, gdy słońce już trochę wylazło do góry uderza mi w oczy błękit nieba. No żesz... Pakowanie, śniadanie i 7:20 wyjeżdżam z domu do Bielska na zderzenie pod Gemini. Trochę się naubierałem. Po jakimś czasie kurtka wydaje się zbędna ale jechałem dalej. A jazda bokami przez Goleszów, Bładnice, Górki, bo nie znoszę starej DK 1. Jest co prawda krócej a tym samym szybciej ale stan nawierzchni nieco irytuje (garby, koleiny). Poza tym cały czas góra, dół, góra dół. Nie jestem przeciwnikiem ale to flaki z olejem! A bokami znacznie przyjemniej, wężej, bez samochodów. Do Bielska docieram bez opierdzielania się ale też i bez napierania ze średnią 24km/h z hakiem (ok 38km). Grupa w gotowości już na mnie czekała. Marzena, Grzegorz, Tomek, Marcin i Piotrek (szosa). Miałem mały poślizg. Na rozgrzewkę mojej dojazdowej rozgrzewki poszedł Przegibek. W miarę, choć Piotrek poszedł w cholerę. Tomek nie był gorszy i wyburzył na swoim górsko-szosowym Kellysie też w p...u. Początkowo kręciłem z Grzegorzem ale ten też odjechał. Wjazd bez polotu ale ok. Na górze 0.5l Coca-Coli, bo byłem coś niemrawy. Chyba mało spania.


W międzyczasie uzgodniliśmy, że naszym łupem padnie też Magurka Wilkowicka, na której jeszcze nie byłem (mąciła mi w głowie w drodze do BB). W dodatku wszyscy mi mówili, że podjazd od Łodygowic jest przedni - trudny.
Z Przegibka w dół do Czernichowa, przez Międzybrodzie Żywieckie podjazd na Żar. Początek ok, potem po japońsku - jako tako. Na górze (761m n.p.m):

Jezioro Żywieckie:

Ekipa:

Zjazd w dół również asfaltem. Przy sklepie. W tle szczyt:

Przez Tresną do Łodygowic. W trakcie jazdy Ci co znali podjazd na Mugurkę przygotowywali mnie psychicznie do tego podjazdu ale... w rzeczywistości czy ja wiem? Niżej niż 22-24 (przełożenie 1:3) (kaseta 11-32) nie zszedłem. A na 22-21 też sporo wyjechałem. Stwierdzę nawet, że lepiej mi się jechało niż pod Żar a to głównie z powodu... zablokowanego widelca o czym nie pomyślałem wcześniej...
Na Magurce (912m.n.p.m):

Marcin:

Marzena:

Żar po drugiej stronie doliny:

Skrzyczne:

Schronisko:

My:

Tomek z Piotrkiem pojechali w dół asfaltem a my czerwonym w stronę Mikulszowic. Fajny zjazd po szlaku. Zaliczyliśmy też (prawie - przejazd obok) Łysą Górę ;). Ta miała jednak 600 z kawałkiem. Przez Bielsko z postojem na Orlenie na hot-dogach za moje oczekujące na wykorzystanie, lansujące się i do niczego mi niepotrzebne punkty na karcie vitay. Marcin pojechał w swoje a my w stronę Jaworza z wizytą u Marzeny. Dalej pojechałem do domu podobnie jak przyjechałem do Bielska, choć po bardziej zróżnicowanym terenie (wysokościowo). Mianowicie Kisielów i Ogrodzona. Na wiadukcie nad S-1. W tle czeskie góry i huta w Trzyńcu dająca CZADU.

Trip choć w 90% po asfalcie był ok. Na szlakach sporo wilgoci a więc byłoby co pucować po drodze na Leskowiec. Może i dobrze, że nie pojechaliśmy. Następnym razem (shit). Ważne, że idea wspólnego kręcenia nie zamierza umierać ;).

TUTAJ RELACJA SIĘ KOŃCZY. Zainteresowanych moimi czynnościami codziennymi zapraszam do dalszej lektury.

A teraz jako gratis szeroko rozumiane moje wojaże po Europie czyli to czym się zajmuję zawodowo (a więc kawałek mojego życia). Stwierdzenia "wróciłem z Włoch" mogą się wydawać tajemnicze ale już wyjaśniam.
Po skończeniu liceum studia w trybie zaocznym "Geodezja i Kartografia" na WGGiŚ na AGH w Krakowie. Prawo jazdy B w kieszeni, z początku jazda busem (Mercedes Sprinter) do 3.5t (firma, że tak napiszę rodzinna). Były Niemcy, Skandynawia (Szwecja, Norwegia) i jakieś Czechy, Słowacje. Zaraz na początku mojej kariery szoferowej zapis na kat. C. Po zdaniu i odbyciu kursów na przewóz rzeczy i tzw. "psychotestów" przesiadka na ciężarowego Mana do 7.5t. Pierwsza trasa (tachograf, wszystko bardziej skomplikowane - przede wszystkim znacznie większe auto) do Dobczyc. Druga już samemu do Włoch. Były też Rumunia, Niemcy, Hiszpania, również Skandynawia, Francja i... nie wiem co tam jeszcze. Chwilę po zdaniu kat. C kurs na przyczepę/naczepę czyli E (E wbijają do już posiadanych kategorii, czyli obecnie mam B+E i C+E). No i zaczęła się prawdziwa jazda popularnie zwanymi TIRami. Na początku Niemcy, potem Anglia, teraz Włochy... Pierwotnie ten samochód (Man TGA 2004' obecnie z przebiegiem 1 220 000km:

Potem (w zeszłym, 2012 roku) przyszła kolej na nieco nowszego (Man TGX-następca, obecnie 540 000km):

Jako, że jesteśmy we dwóch z bratem to czasem (niekoniecznie z powodu urozmaicenia a z tego "jak wyjdzie") przesiadamy się z auta na auto. Obecnie przyszło mi jeździć tym starszym - niebieskim. W każdym bądź razie dwa MANy - Marne Auta Niemieckie (tutaj przymrużenie oka, bo wcale nie są takie złe a bynajmniej w ogólnopojętym światku transportowym chwalone za wygodę). Mają oczywiście wady - jak każdy samochód.
No i co? Niejednokrotnie weekendy "w budzie". Wyjazdy tylko eksport-import - żadnego krążenia po Europie na tzw. przerzutach między krajami UE. Robota zryta, mało dobrego towarzystwa po drodze. Generalnie zajęcie niezbyt zmbitne, co mnie bardzo boli. Rzeczywistość geodezyjna (przynajmniej ta w Cieszynie) nie jest kolorowa (brak roboty). W Bielsku wcale nie lepiej. A pieniądze jak już co... Szkoda gadać.
Teraz niektóre dane techniczne tych dwóch ciężarówek (wiem, że wiele osób to ciekawi):
Średnie spalanie?
Bardzo podobnie w obu przypadkach. Na pusto ok. 22l/100km. Na pełno (24t na plecach) ok. 30-32l/100km *,**,***,****
*-zależy od ukształtowania terenu, **-bardzo zależy od kierunku wiatru, ***-ogromnie zależy od techniki jazdy, ****-zależy od wielu innych czynników (temperatura na zewnątrz itp.)
Silnik:
Oba bazują na tym samym motorze. 10,5l/430KM (biały TGX 440KM)
Skrzynia biegów:
Niebieski: automat 12 biegów (z możliwością ingerencji na manetce przy kierownicy)
Biały: manual 4 biegi na małej skrzyni, 4 na dużej + na każdym biegu połówka= czyli 8 biegów + połówki a więc 16 przełożeń.
Lewarek do kopania w biegach jest ciekawy :):

Zmiana biegów jest w kształcie litery H (jak w osobówce czterobiegowej). Dolny przycisk operowany środkowym palcem góra - dół przełącza małą - dużą skrzynię i na odwrót. Boczny obsługiwany kciukiem - połówki - dolny bieg i górny. 200km zajęło mi dobre opanowanie tego ustrojstwa.
Np. dwójka i szóstka jest w tym samym położeniu lecz różnica jest taka, że dolny przycisk na lewarku dla drugiego biegu znajduje się w pozycji dolnej a na 6stce - w pozycji górnej. Generalnie rozpędzenia takiego kolosa nie polega na przerzucaniu na każdym biegu o połówkę, bo człowiek by się zamęczył. Dolne przełożenia są tak krótkie, że wystarczy przykładowo tak (- dolna połówka, + górna połówka): 3-, 4+, 6-, 7-, 8-, 8+ na pusto. Na pełno: 2-, 3+, 5-, 6-, 6+, 7-, 7+, 8-, 8+. Już wiecie jak bardzo irytuje mnie ruszanie spod świateł załadowanym samochodem? I jak bardzo liczy się płynna jazda? 9 razy muszę sięgać po lewarek zanim osiągnę przyzwoitą prędkość. To też na drodze Tychy-Bielsko przy 24t trudno zejść do 35l/100km a standard to 38/100. Taka ta jazda po kraju w dobie zmian świateł jak w dyskotece.
Zbiorniki paliwa:
Niebieski - 330l+710l=1040l.
Biały - 330l + 600l/70AdBlue (Ad Blue to płyn bardzo podobny w konsystencji do wody, choć jest bardziej "śliski" w dotyku i ma nieco drażniący, charakterystyczny zapach; dozowany jest do układu wydechowego celem redukcji emisji spalin - czyli często psujący się wytwór ekologów napędzający kupno nowych samochodów [mniejsze opłaty za autostrady]; zużycie ok. 1.5l/100km; cena - ok 90gr brutto/l przy kupnie całego mausera - 1000 l; na stacji 2zł brutto/l).
Łatwo policzyć ile trzeba kapusty wydać aby napełnić zbiorniki do pełna. Starcza to na ok 2500-3200km w zależności od wagi ładunku/warunków/techniki jazdy itp...
A fizycznie zbiornik na AdBlue (bynajmniej w MANie) stanowi osobną przegrodę w zbiorniku na paliwo:


Koniec tematu transportowego. Jak co to pytajcie.

Edit. Tutaj prymitywne nagranie telefonem jednej z tych sytuacji, gdzie robi się nerwowo. Dojazd na rozładunek okien w okolicach Erby we Włoszech pod Alpami (nad Mediolanem) w grudniu 2012r.
&list=HL1379368036



Klasyk Beskidu Śląskiego z bbRiderZ

  • DST 119.00km
  • Teren 30.00km
  • Czas 06:43
  • VAVG 17.72km/h
  • Podjazdy 2040m
  • Sprzęt Merida Matts TFS 500-D
  • Aktywność Jazda na rowerze
Niedziela, 8 września 2013 | dodano: 08.09.2013

Tylne koło doczekało się nowej obręczy (po wykrzywieniu Alexrimsa). Mavic XC717 - cena? Pół nowego rowera z Biedronki. Trzeba było wytestować - podobno ma być już spokój. No i co ja tu mam napisać? Że było zaj*****ie? Z ekstra ekipą (Marzena, Grzegorz, Arek, Marcin, Maciek)? Śmiesznie? Wybornie? Brak mi słów...
Nie będę męczył długim tekstem więc inaczej, po kolei. Szlakiem klasyku po Beskidzie Śląskim czyli Czantoria - Kubalonka:
- jeden kapeć Marzeny na... Budzinie na szkle;
- przejazd przez turystyczne przejście i dalej trawersem do podjazdu;
- wyjazd uphillową (asfaltowo-szutrową) trasą na Czantorię
- czerwonym przez Soszów, Stożek na Kubalonkę
- mnóstwo zboczonych, śmiesznych tekstów po drodze
- postoje pod Czantorią, na Soszowie, chwilę na Stożku i na Kiczorach
- pełno pieszych turystów - znowu mieliśmy ich na sumieniu; niektórzy wybitnie wkurzeni naszymi prędkościami i tumanami kurzu - zdolni byli stanąć na środku szlaku z rozłożonymi rękami (niezły akt frustracji);
- czerwony szlak ze Stożka na Kubalonkę (nie odwrotnie!!!) jest po prostu wyśmienity; bardzo techniczny, bez wątpienia jeden z najlepszych odcinków do ćwiczenia technicznej jazdy po korzeniach i kamieniach bez wyrypy podjazdowej - cały czas szczytami + kilka zjazdów z podniesioną adrenaliną; R_E_W_E_L_A_C_J_A!!!
Trip (trasa) z mojej strony trochę pokręcony. Ale to mój wymysł.

Na Budzinie. Jedni odpoczywają:

Drudzy (a w zasadzie jeden z tych "drugich" - Grzegorz) robi koło:

Arek poległ w rywalizacji z naturą...

Pod Czantorią:

Na Soszowie:

Na Stożku (ok. 200m koniecznego i jedynego na całej trasie wypychu pod tą górkę):

Za Stożkiem po drodze skałka:

Drabinki nie było ale Marzena z Arkiem się wygramolili. Zdjęcia z góry:



A my z dołu podziwialiśmy ich na górze...

Dalej na czerwonym:


Marcin - listonosz już ze zreanimowaną Rebą ;):

Marzena:

Na Kubalonkę i zjazd do Wisły. Tam korki i jazda między samochodami. Podjechałem do Górek pożegnać się z ekipą i na Skoczów, przez Simoradz, Dębowiec do domu. Stawy w Simoradzu/Dębowcu:

A w Dębowcu zagadka: ścieżka nordic-walking (wtf?):

Zajebiaszczy trip!!! Pomimo niezłego tłuczenia się po kamieniach koło nie wykazuje żadnych objawów zdeformowania...



Javorovy, Ostry

  • DST 62.00km
  • Teren 20.00km
  • Czas 03:47
  • VAVG 16.39km/h
  • Podjazdy 990m
  • Sprzęt Merida Matts TFS 500-D
  • Aktywność Jazda na rowerze
Niedziela, 1 września 2013 | dodano: 01.09.2013

Trip z kategorii wycieczkowych. Pogoda rano nie dopisała by z ekipą z Bielska potłuc się po naszych górach na szlaku Czantoria-Kubalonka. Po południu o 15:30 pojechałem z młodym (mieszkającym 3 klatki obok) pokazać mu co jest w czeskich górach. Kupił rower pół roku temu. Było całkiem ok po klasycznych, łatwych szlakach.


Krzychu:

I ja pod Ostrym.



Trasą maratonu MTB w Wiśle

  • DST 98.00km
  • Teren 35.00km
  • Czas 06:30
  • VAVG 15.08km/h
  • Podjazdy 2194m
  • Sprzęt Merida Matts TFS 500-D
  • Aktywność Jazda na rowerze
Sobota, 31 sierpnia 2013 | dodano: 01.09.2013

Miało być Bielsko-Biała i lotnisko w Aleksandrowicach (pokazy lotnicze). Potem Szyndzielnie, Klimczoki, Błatnie i do Górek. Wyszło jak wyszło. Wylądowałem z chłopakami w Wiśle (Andrzej zerwał po drodze śrubę na skręceniu suportu i ramienia korby (!) i musiał zrezygnować w Dzięgielowie). Wisła a tam maraton MTB. Myślę... cholera tyle roweraków w kolejce do startu... A czemu by nie...? Nawet nie znałem do końca trasy. Wiedziałem, że mega leci przez Trzy Kopce, Brenne, Grabowe i inne górki. Ustawiłem się za ostatnim (czwartym) sektorem jako uczestnik no-name bez numerka. Wpisowego nie miałem zamiaru płacić (jak się okazało 60zł max 10 dni przed startem!!!), bo:
- czas mniej więcej potrafię zmierzyć sam;
- szału czasowo/miejscowego nie będzie (za mało jeżdżę);
- jazdę traktuję jako rozrywkę a nie próbę wszelkich możliwych rywalizacji, napinania się itd;
- mam inne wydatki na rower (przecholernie drogie klocki, które w górach lecą jak woda);
- i wiele innych argumentów.
Start ok do podjazdu. Na nim przedzieranie się przez dzieciarnię i prowadzące osoby. Potem już w ogóle się nie dało wyprzedzać, bo tłok jak cholera. Pomału do góry na Trzy Kopce zółtym szlakiem. Na zjeździe do Brennej cała masa potraconych bidonów. Osoby przede mną lamiły trochę zjazd, postanowiłem trochę podgonić również tracąc bidon. Zorientowałem się i heble na maxa, wracam z buta do góry ok. 50m aby zabrać utracony przedmiot. Z góry pociska Tomek z bbRiderz i z uśmiechem na twarzy pyta czy nie znalazłem też bidona od niego :). Przez chwilę zastanawiałem się jak on się za mną znalazł (jest znacznie lepszy). Okazało się, że za mało miał kapci na ostatnim naszym tripie Karkoszczonka - Błatnia i złapał na pierwszym zjeździe swojego jedynego (na szczęście) na tym maratonie. W dół do Brennej i młynkowo na Grabową po płytach. Dalej na Kotarz. Gdzieś tam był genialny singiel. W dół do Leśnicy i z powrotem na Trzy Kopce po czym do Wisły. Jednym słowem - góra - dół - góra - dół - góra - dół. Jak to w maratonie: 1800m przewyższeń na 40km. Jedne z najwolniejszych moich 40km w tym sezonie. Wysiłek? Moim zdaniem po pagórkowatym asfalcie trzeba byłoby ten dystans pomnożyć przez 4.
Ostatecznie wynik - kaplica. Śmiech na sali czyli 3h40min i coś koło 310 miejsca w open. Objechały mnie kobity z jakichś tam teamów MTB team... a cholera wie. Szczerze? Mam to gdzieś. Kilka rozmów ze spoko kolesiami zaliczonych. Przejchanie trasy... czego mi więcej trzeba? Tej adrenaliny? A w cholerę! Bynajmniej nie ten etap jazdy na rowerze aby to przeżywać. Gdybym to robił zawodowo...
Na mecie pogadałem z ekipą z Gomoli. Znany mi z branży transportowej (a jakże ;) ) brat szefa teamu (p.Henryk) zachęcał mnie nawet abym wstąpił, że to nic nie kosztuje a ekipa jest fajna... startowe za friko. Ale ja nie mam na to czasu. I gdzie tam z moją meridą do wynalazków na fullu 29 cali Speca! Za 20 klocków! Pogadałem też chwilę z bratem-szefem p.Pawłem. Tak nawiasem mówiąc to często spotykam się z chłopakami z jego firmy (Gomola Trans z Pogórza) na trasach do Włoch, na rozładunkach (jeździmy w podobne miejsca). Sympatycznie.

Przed startem w Wiśle namioty a tam EPO w energetycznych żelach ;). Dwaj goście w tym jeden na żelu we włosach wciskali ludziom żele słowami: "Ten jest zwykły, ten daje ekstra kopa, ten na dłużej...". Stanąłem na luzaka obok namiotu i wyciągnąłem/wchłonąłem z plecaka drożdżówkę, 2 banany i popiłem 450ml jogurtu. Haha. A te czuby płaciły ciężkie pieniądze za wynalazki, których opakowania mogłem podziwiać na trasie. A po co mi to? ;)



Na trasie. (fot. Kasia Rokosz, źródła nie znam)

Na mecie kilkadziesiąt metrów przede mną jechał gość który wlazł mi na ambicję. Pedał w podłogę i go deszedłem (2 fotki z bikemaraton.com). Gość na pierwszym zdjęiu jest za bikerem z numerkiem 1843.


Po finishu.


W drodze powrotnej wstąpiłem na rynek w Ustroniu, gdzie pokaz miała grupa Taekwondo z Rybnika.

Jestem zadowolony z pomysłu i tripu po górach w zacnym gronie. Zwycięzca wykręcił czas... 2h z groszami uzyskując średnią prawie 20km/h. Awaria w takim terenie. Coś nieprawdopodobnego.

Na trasie przywaliłem tylnym kołem w kamień, w wyniku czego ledwo zaplecione koło trochę się scentrowało (poluzowana całkowicie szprycha). Do serwisu!
Edit. Obręcz do wymiany. Umarła po przydzwonieniu. Znowu wydatki.



Pasmo Javorovego z bbRiderZ

  • DST 100.00km
  • Teren 50.00km
  • Czas 06:23
  • VAVG 15.67km/h
  • Podjazdy 1982m
  • Sprzęt Merida Matts TFS 500-D
  • Aktywność Jazda na rowerze
Niedziela, 25 sierpnia 2013 | dodano: 25.08.2013

Dziś krócej niż wczoraj ale o wiele ciekawiej ze względu na idealnie rowerowe szlaki a tym bardziej wybitne towarzystwo. Cieszyńska grupa w składzie ja, Andrzej, Janek, Grzegorz i Bartosz zderzyła się ok. 8 rano z trzyosobową ekipą z Bielska w Goleszowie - Marzena, Paweł i Grzegorz. Stamtąd wokół skoczni i Tułu na Budzin i dalej w znacznej części czerwonym do Trzyńca. Z Trzyńca do Gutów i trawersem niebieskim szlakiem w stronę Javorovego. Andrzej i Janek pojechali w swoje dolnym trawersem. Pozostała grupka się trochę rozerwała. Marzena, która ruszyła kilka minut wcześniej przestrzeliła wyborny, niebieski szlak na Javorovy jadąc świetnym płaskim trawersem. Po dogonieniu jej wydrapaliśmy się we dwójkę zielonym szlakiem (prawie całość wyjechałem) ale musiałem trochę ten szlak wziąć na raty bo nogi mi spuchnęły. Cel na najbliższy czas: wyjechać tam bez przestojów (świetny techniczny podjazd do góry). Z Javorovego na Praszywą idealnie z kilkoma dobiciami. No ale jak się zjeżdża tak, że kamienie fruwają w powietrzu to... Jechałem tamtędy chyba trzeci raz w przeciągu kilkunastu/kilkudziesięciu dni i nigdy mi się to nie znudzi.

Zdjęcia zacząłem robić dopiero od Javorovego. Trawers od Gutów:

Peleton wygodnych turystów od górnej stacji kolejki na górę.

Na górze siesta. Kofola, piwo, paluszki i inne bzdety (tym razem bez orzeszków ziemnych, bo nie miałem plecaka ;):


Wspólna fota:

Marzena i Sindelna:


Pierwsze kapcie. Grzegorz w roli głównej :

Na szlaku gdzieś przed chatą Kotaż:

Chata Kotaż i Kapeć Bartka:


Marzena miała inne rozrywki. Chyba by mi łupnęło w krzyżu ;):

Grzegorz myślący o jedzeniu:

Po defekcie dalej w stronę Praszywej:

Na Praszywej kolejny kapeć Grzegorza. Dwie dziury:

Chata na Praszywej.

Na podsumowanie życzę sobie więcej takich wypadów w takim dream-teamie.



Równica, Żar

  • DST 158.00km
  • Teren 1.00km
  • Czas 07:26
  • VAVG 21.26km/h
  • Podjazdy 2436m
  • Sprzęt Merida Matts TFS 500-D
  • Aktywność Jazda na rowerze
Niedziela, 25 sierpnia 2013 | dodano: 25.08.2013

Zacznę od wydatków które poniosłem ostatnio w związku z zajeżdżonym napędem i agonalnym stanem roweru:
- korba: blat 44T - 110 zł
- korba: zębatka 32T - 45 zł
- kaseta HG-61 - 125 zł
- łańcuch HG-93 - 80 zł
- zaplecenie kół na mocniejszych szprychach DT: 172 zł
- komplet klocków Ashima metale - 2x50zł
Nie będę sumował, bo kręci mi się w głowie. Dodam, że byłoby taniej ale DHL posłał paczkę z Bolesławca (sklep XTRAbike) z kasetą HG-50, trzema łańcuchami HG-93 i dwoma spinkami KMC do terminala... koło Rzeszowa (zamiast do Czechowic-Dziedzic)-błąd w sortowaniu!. Musiałem mieć rower na weekend a brakowało mi kasety więc kupiłem tą deorę przy okazji odbioru kół w Bielsku. Tak więc gdyby ktoś potrzebował kasetę HG-50 za 70zł (cena z XTRAbike) to... wołać, bo będzie leżeć ze 2 lata lub trochę krócej. Co do wycieczki:
Najpierw do Ustronia dopingować Kubę i Dominika w uphillu na Równicę. (wyjazd na górę). Potem do Wisły Malinki na skoki. Waldek rzucił hasło, że nie był jeszcze na Żarze. A że byliśmy już w Malince i lubię spontaniczne trasy więc przyjąłem z wielkim entuzjazmem. Było fajnie, w umiarkowanym tempie.

Kilka fotek:
Na Równicy:

Karel na podjeździe:

Skoki w Malince o puchar prezesa Tajnera:

Zapora w Tresnej:

Żar:

Na gorze:



Podczas krótkiego oczekiwania na Waldka poleżałem na poboczu na Przegibku:

Mały kocioł spacerowiczów na ścieżce przy lotnisku w Bielsku:



Łysa Góra górami z bbRiderZ

  • DST 167.00km
  • Teren 60.00km
  • Czas 09:38
  • VAVG 17.34km/h
  • Podjazdy 2832m
  • Sprzęt Merida Matts TFS 500-D
  • Aktywność Jazda na rowerze
Niedziela, 18 sierpnia 2013 | dodano: 18.08.2013

Zostałem ostatnio "wchłonięty" facebookowo do grupy bbRiderZ - mniejszych i większych wariatów rowerowych orających (dosłownie) nasze nierowerowe Beskidzo-Śląskie, Beskidzko-Żywieckie, Beskidzko-Małe i nie wiem jakie tam jeszcze szlaki. Część z ludzi znałem wirtualnie z bikestats. Doskonała okazja aby poznać ich w realu + kilku innych zakręconych rowerowo. Z częścią bielsko-okolicznej drużyny zderzyłem się już na tripie po - jak się okazało - kapciowym Beskidzie Śląskim. Chłopaki zaplanowali jednak wcześniej na fb kolejny cel: zdobycie Łysej Góry - najwyższego wzniesienia Morawskośląskich Beskidów w Czechach - zwanego inaczej po czesku "Kralovną Moravskosleskych Beskyd" (bardzo mi się podoba to określenie). Wysokość góry to 1323m n.p.m. Byłem już tam kilka razy, w tym na Koprivnickym Drtiću. Grzegorz z Marzeną z bbRiderZ nieskutecznie próbowali ją ostatnio zdobyć krążąc gdzieś po Frydlandzie i Starych Hamrach tłukąc na rowerach bez celu 180 km (pomijam to co zostało w nogach!):). Hehe. Zaproponowałem znanemu mi już wcześniej z tej grupy Pawłowi (piaseq) (główna postać ekipy) dwa warianty przejazdu. Miało być jak najwięcej terenu. Po wytyczeniu trasy na cykloserverze ni stąd ni zowąd zostałem mianowany "przewodnikiem wyprawy". Głównie z racji znajomości tych terenów. No trochę pojeździłem po tych czeskich górkach ale... no... bez przesady. Plan: zbiórka na stadionie w Jaworzu o 7 rano w niedzielę. Początkowo zainteresowane 4 osoby. Patrzę w sobotę - jest 7. Będzie dupnie!! Skoro taki trip: trzeba zrobić zakupy. Jak głupi nakupiłem w owadzie 3 bułki, batooony, snickersy, sezamki, izotonika, colę, banany i Bóg wie jeszcze co. Załadowałem to do plecaka razem z trzema linkami do przerzutki, szmatą, zielonym FinishLinem - skutecznie urósł do ładnych myślę 5kg. Napęd wyszorowany i wypucowany. Wyjeżdżam z domu o 5:40 naprzeciw bbRiderzom aby spotkać się z nimi w Jaworzu na 7mą (tak trochę nie w tą stronę ale kij z tym). No ja... trzask jeden, drugi - mój wspaniały zajechany napęd. Po 500m musiałem wrócić jeszcze do domu bo... przecież trzeba jeszcze coś nalać do bidonów! Omg. Wiedziałem, że ta wycieczka pod względem potencjału wykorzystania nóg (z powodu napędu) będzie makabryczna. Trochę mocniejszy nacisk na blacie na pedały to trzask, zgrzyt, huk, przeskoczenie łańcucha na zębach korby/kasety. Nie odpuściłem jednak tak fajnie zapowiadającej się wycieczki, starając się stosować trochę większą kadencję (lubię jeździć jednak raczej siłowo - to też katuje mi napęd). Do Jaworza (całkowicie bokami) docieram o 7 i mam jakieś kilkaset metrów do stadionu (może 1-2km). Z przodu widzę napierającą grupkę bikerów, którzy z daleka wołają: "Marek, nie w tą stronę. Pomyliłeś kierunki". Hehe ;). Zawracam, patrzę. Tylko Marcin i Marzena z plecakiem. Paweł z pomysłowo zamocowanymi taśmą izolacyjną dwoma Oshee'ami (dnami do siebie) do dolnej rury ramy. Okazało się, że miały być jednocześnie skuteczną ochroną przed wydostającymi się spod przedniego koła kamieniami na jego szaleńczych zjazdach ^^ ;-). Poza tym taśma izolacyjna przydała się do przyklejenia dwóch bananów do rury sterowej i górnej oraz trzech batonów musli... Rower obwieszony pomału jak choinka.

Kuba (jakubiszon) wysposażony na mój gust jak na 30km. Jakiś banan, izotonik. Grzegorz, torebka/torba "na zadzie". Arek bez plecaka. Coś tam w kieszonkach. Ogólnie prawie cała ekipa pełen luz i chyba z myślami "jakoś to będzie". Ja tym samym zafundowałem moim zakupom wspaniałą podróż w plecaku. Był to bagaż który chyba miał mnie jedynie bardziej zmęczyć (większość rzeczy, w tym 3 bułki przywiozłem do domu).
Z Jaworza w dobrych humorach, przez Górki Małe, Lipowiec, Ustroń docieramy na Budzin (szlak żółty - BARDZO trudna trasa górska). Ironicznie zaczęliśmy gadać o elektrycznych wyciągarkach, czekanach i innych gadgetach niezbędnych dla naszego przeprawienia się przez tą okropną, szutrową, w miarę łagodną i równą jak stół ścieżkę w lesie. W międzyczasie Marzena, nieco wtajemniczona już w moje ekcesy z odebraniem pompki w Koprzywnicy, zaproponowała mi abym opowiedział tą historię chłopakom. Tak więc część trasy głosiłem moje przeżycia z p. Romanem Lipovym i straconą "pumpićką". Było wesoło. Z Budzina na Nydek, Bystrzycę i podjazd niebieskim szlakiem pod Ostry (przyjemnie leśne ścieżki). Następnie wbicie na trasę rowerową a na niej chwila przestoju (fajne widoki) i skok w bok na ostrężyny.



Dojeżdżamy pod chatę pod Ostrym, krótki przestój i jazda dalej, bo dzień jest krótki. Przez siodło w stronę Slavica z lekkim podjazdem. Na tym podjeździe chcę trochę mocniej przycisnąć w pedały co kończy się zerwaniem łańcucha - jak się okazało - na spince. Kiedyś się to musiało stać, bo takiego zjechanego łańcucha - jak to powiedzieli chłopaki - jeszcze nie widzieli.
(fot. Arek)
15 min naprawa (część ekipy pojechała dalej) i luz, blues szczytami aaaaaż do Slavića. Perfekcyjnie i w dobrym tempie. Tam napotykamy Waldka i Andrzeja, którzy zrezygnowali z udziału w tripie a którzy wyjechali nam na szlak po drodze (miło).


Po krótkim jedzeniu i uzupełnieniu płynów pojechaliśmy dalej w stronę Małego Połomu. Świetnie. Czerwony szlak bardzo fajny (nie jechałem nim tam jeszcze).

Jadę za Pawłem, jego technika na zjeździe budzi mój podziw. Sprawnie omija drzewo kawałkiem ściółki o szerokości ok 30cm (z drugiej strony była rozjeżdżona koleina). Dla mnie jednak za wąsko. Wpadam w nią i efektownie wyskakuję jak z katapulty z rowera. W locie wypadają z bocznych kieszonek plecaka jak z armaty 0.5l wody i 0.5l izotonika. Jadąca nieopodal Marzena hamuje bardzo awaryjnie. Było śmiesznie ;). Dalsza częśc trasy bardzo fajna.

Docieramy pod Mały Połom trawersami. Gestykulująca Marzena na jakieś złośliwe (żartobliwe) hasełka ze strony płci męskiej (w kupie z tyłu) ;):


Marzena:

Marcin:

Mijamy Mały Połom prześwietnym, choć trochę za krótkim singlem. Chwilę później Grzegorz łapie kapcia a ... Kuba wykorzystując sytuację idzie w krzaki... po jagody.



Dalej w stronę Białego Krzyża/Chaty Sulov. Jak tu nie jeździć po takich szlakach bez telewizorni?

Łysa Góra coraz bliżej:

Docieramy do Białego Krzyża:

I potem w dół do Visalajów:


Tam zmiana planów - jedziemy czerownym do asfaltowego podjazdu na Łysą i kto chce - czerwonym lub asfaltem na górę. Czerwony szlak z Visalaje do asfaltu na Łysą z jakimś krótkim smarowaniem prętów siodła i defektem widelca Marcina:

A tak Paweł spuszczał izotonik do swojego bidona wprost z podramowych zapasów:

Docieramy do asfaltu. Częśc ekipy jedzie drogą a Paweł, Kuba i ja zdecydowaliśmy szlakiem. Paweł pocisnął do przodu a my z Kubą trzymaliśmy się razem choć ja zdechłem i musiałem trochę więcej podprowadzić. Krzyżując szlak z asfaltem postanowiliśmy jednak jechać utwardzoną drogą, bo czerwony zbyt rowerowy nie był (choć Paweł większość jechał - ale to inna liga MTB). Na podjeździe na Łysą mam małe odcięcie prądu. W dodatku w słońcu. Nieciekawie. Prędkość turystyczna 7-8km/h przełożenie 1,4; 1,5 i toczymy się na górę. Wyjechaiśmy koło 14:30. Paweł i Grzegorz już zdążyli zwiedzić szczyt. Widoki świetne.
Smrk, Knehyne, Radhoszcz:

Skalka, Ondrejnik:

Frydek Mistek:

Frydlant nad Ostravicą:

Panorama raz:

Panorama dwa:

Kawałek zbiornika Szańce:

I ja:

Na zdjęciowaniu i analizowaniu szczytów trochę mi zeszło. Zjechałem w dół. Ekipa rozpasiona w trakcie konsumpcji spaghetti/zup czosnkowych. Jeszcze chwila siesty i podjadania wiezionych przeze mnie w plecaku orzeszków ziemnych.
Jeszcze raz na górę po wsólne foto:


Po czym Paweł, wyraźnie zniesmaczony ideą zjeżdzania w dół i wbicia na trawers postanawia zmierzyć się z żółtym szlakiem. Ostrzegałem, że jest ciężki już do podejścia ale się skusił. Miejsce zbiórki: przecięcie trawersu/szlaku. Paweł pojechał a my wstąpiliśmy jeszcze na "taras" trochę pofocić:


Kuba:

Grzegorz:

Marzen:

Zjazd w dół. Na miejscu zbiórki czeka już Paweł, który na szczęście żyje i stwierdza, że długo na nas (fotografów) czekał. Jak się okazało: miał co robić na tej stromej ścianie najeżonej kamieniami:

Marzena dojeżdża do nas przestrzelając skręt na żółty szlak, uradowana od ucha do ucha jakością trawersu. Niezaciekawiona raczej pomysłem zjechania żółtym postanawia jednak jechać za nami "aby było ciekawiej". Noooo... na dole klocki były przypalone. Marcin szczególnie zasmrodził powietrze.



Pojechaliśmy w dół do Krasnej iprzez Raskovice, Vysni Lhoty do Komornej. Miał nas przedjechać Daniel ale coś nie zagrało. W Komornej postanowiliśmy się nie tłuć trasą 46 pod górami tylko zjechać niżej i przez Hnojnik, Ropicę (pola golfowe), dojechać do Trzyńca. W Ropicach upragniona kąpiel nóg z moczeniem pampersa:

Ja też moczyłem ale akurat poszedłem pilnować dwóch (czternastu?) kół.
&feature=youtu.be
Z Ropic pojechaliśmy koło huty w Trzyńcu do ronda i w górę do Lesznej. Tam na górze krótki popas:

Po postoju postanowiłem pożegnać się z towarzyszami wyprawy życząc im szczęśliwego powrotu do domu. Słońce jeszcze było całkiem wysoko, ale ciemność gdzieś pewnie w Bielsku w końcu nadeszła:

Mnie nie dotknęła. Dojechałem spokojnie do domu przez Dzięgielów i Puńców.
To był jeden z bardziej wypaśnych moich tripów. Świetni ludzie, dużo śmiechu, makabrycznie dużo przyjemności z jazdy. Kto nie był niech żałuuuuje!!! Pragnę w tym miejscu podziękować wszystkim uczestnikom jak i napotkanym znajomym za dobrą atmosferę i mega trip! Do następnego! Niestety muszę doprowadzić rower do stanu jezdnego, bo obecnie jeździć już nie chce.
Dodam, że nie mogło obejść się u mnie bez kolejnej pękniętej... szprychy.




Strzelające szprychy w czeskich górach

  • DST 102.00km
  • Teren 50.00km
  • Czas 07:06
  • VAVG 14.37km/h
  • Podjazdy 2420m
  • Sprzęt Merida Matts TFS 500-D
  • Aktywność Jazda na rowerze
Piątek, 16 sierpnia 2013 | dodano: 16.08.2013

"Pałka się przegła" - takim określeniem popularnego bohatera serialu komediowego, mieszkającego przy ul. Ćwiartki 3/4 we Wrocławiu (Fredynand K.), skomentowałbym to co stało się dzisiaj. Sama wycieczka bardzo udana. Pogoda najlepsza na rower. Słońce i umiarkowanie ciepło. Pokręciliśmy z Andrzejem dosyć sporo po czeskich górach wyśmienitymi, szutrowymi trawersami pod Stożkiem zaliczając nimi m.in. Bahenec (mega widoki). Zjechaliśmy w dół do Jabłonkowa. Dalej trawersem z Dolnej Łomnej na Kozubovą (Kofola smakowała wyśmienicie), na Kamenity, przez Kałużny do Szyndzielnię (ostatnio tam jechałem). Z przełęczy pocisnęliśmy trawersami i miejscami trudnymi technicznie szlakami aż do Prasivej. MEGA!!!!!

Teraz nawiązanie do początku postu. W moim dwukołowcu, który jeździł do tej pory jako tako (czyli całkiem ok) od jakiegoś czasu w trudnym terenie regularnie strzelają szprychy (głównie w przednim kole). Jedna była miesiąc temu - zdarza się. Druga kilka dni potem na tripie w Beskid Mały. Info od chłopaków z serwisu na mój widok z ponownie przyniesionym kołem - "Za słabe masz te koła na tą twoją jazdę. To masz dobre do jazdy po płaskim w lesie i po lekkim terenie. Trzeba tu zmienić wszystko". Pomyślałem, że zarżnę to co mam włożone teraz (w końcu piasty mają swoją limitowaną żywotność) i potem będę myślał nad czymś mocniejszym. Dawałem sobie limit jeszcze jednej pękniętej szprychy. Jak się okazało - trzeba przyspieszyć wymianę kół a to z tego powodu, że dziś poszły dwie. Jedna na zjeździe z Bahenca niebieskim szlakiem. Zdając sobie co prawda sprawę z tego, że może strzelić druga (koło osłabione) i nie chcąc jednocześnie psuć planowanego tripu pojechaliśmy dalej. Myśli były prorocze. Druga strzeliła na ostatnim zjeździe, już na asfalcie na żółtym szlaku z Prasivej przy hamowaniu. Od tego momentu jazda na maksa ostrożna z kołem kolebiącym się na boki jak w jakimś wózku do siana na wsi ;-). W dodatku praca napędu już jest katastrofalna. Łańcuch tak się już rozciągnął, że przy depnięciu na drugiej i trzeciej tarczy w korbie przeskakuje z okropnym trzaskiem. Zęby zjechane po przebiegu 6500km. Oj szykują się spore wydatki. Jazda na rowerze miała być tania ale teraz wiem, że na pewno nie w górach.
Kilka fotek ze świetnych terenów:
W stronę przejścia granicznego w okolicach Budzina:

I trawersy od Nydka aż do chaty Bahenec:



Nad chatą Bahenec jak zwykle świetne widoki. Wielka Racza, Mała Fatra, Ochodzita, Pilsko...

Na poniższym zdjęciu na czerwono zaznaczona Kozubowa z widoczną chatą (tam jedziemy) a za nią Łysa Góra.

Takie były ścieżki na Kozubową od Dolnej Łomnej:


Końcówka podjazdu obok wyciągów narciarskich:

Chwila odpoczynku:

W tamtych górach niedawno byliśmy (spory zoom):

A to chata Kozubova zaznaczona wcześniej na czerwono. Lana (ćopovana), zimna Kofola smakowała 3x lepiej niż w sklepie z butelki. Była za to 4x droższa, więc się nie opłaca (żart). Hehe ;-):

Z Kozubovej ostry zjazd w dół do chaty Kamenity, którą minęliśmy bez postoju. Wyjechaliśmy pod Babi Vrchem a tam takie szlaki:


Pojechaliśmy na Sindelnę, przejechaliśmy przez Ropićkę. Po drodze do chaty Kotaż Łysa była już na wyciągnięcie ręki.



Dotarliśmy do ostatniej na zachód wysuniętej góry: Prasivej.


Fajny trip w lajtowym tempie. Świetne tereny. Jest co robić na rowerze. Żadnego pchania.