Kapciowy Beskid Śląski
-
DST
86.00km
-
Teren
30.00km
-
Czas
05:52
-
VAVG
14.66km/h
-
Podjazdy
1550m
-
Sprzęt Merida Matts TFS 500-D
-
Aktywność Jazda na rowerze
Było bardzo fajnie. Szlakami Beskidu Śląskiego, czyli wspólne kręcenie z bielsko-rzeszowską grupą. Najpierw chyba wtorkowe info od Kuby, że jadą. W czwartek święto więc grzechem byłoby nie pokręcić razem (a tym bardziej poznać nowych zakręconych ludzi ;-) ). Do Bielska rano starą drogą na zbiórkę pod Gemini. Potem w Stronę Bystrej, Buczkowic. Podjazd na Karkoszczonkę. Dalej wybornym szlakiem na Salmopol i z Salmopolu czerwonym i niebieskim na Równicę. Z Równicy w dół do Górek żółtym, gdzie zakończyłem trip z powodów logistycznych. Osobówkę musiałem przytaszczyć do Cieszyna więc rower do auta. A pokreciłbym jeszcze trochę i podniósł średnią, która z racji trudnego terenu wyszła kaszasta.
Na potwierdzenie stosunkowo trudnego terenu (pojęcie względne - dla mnie był wymagający) ogromna ilość defektów. Chyba 7 albo 8 kapci z czego rekordowe 3 tylko w jednym rowerze. Co chwilę postój. Na szczęście mnie proceder wymiany dętki ominął.
Karkoszczonka:



Kapcie:




Na szlaku:



Równica szczyt:
Część fotek autorstwa k4r3la, bez których nie byłoby mnie na zdjęciach. Dzięki!
Przy okazji... kończy mi się napęd w Meridzie. Dzisiaj kilka razy łańcuch przeskoczył na blacie. Zęby zjechane. Kaseta też już wyraźnie zaczyna się lawinowo deformować... A łańcuch powoli rozpada się w rękach.
Wokół Javorovego (podglądowy film)
-
DST
56.00km
-
Teren
20.00km
-
Czas
02:48
-
VAVG
20.00km/h
-
Podjazdy
940m
-
Sprzęt Merida Matts TFS 500-D
-
Aktywność Jazda na rowerze
Dziś podziałałem trochę w geodezji. Wyjazd na rowerze dopier przed 18. Szału nie było z możliwościami to też niewiele, bo 56 km. 20 km po górach klasycznymi szlakami w najbliższej okolicy. Najpierw do Trzyńca, potem pod chatę Koziniec i w stronę siodła pod Ostrym. Dalej na Kałużny i w prawo czerownym na Sindelnę. Zjazd do Rzeki częściowo nieznanymi mi wcześniej leśnymi drogami. PERFEKCYJNE trasy pod rower. Aż chce się pedałować. Tu jest wszystko. Szuter, kamienie, korzenie, błoto, single... - tak urozmaicona trasa - w pełni przejezdna. Armageddon po prostu. Kwintesencja przyjemności z jazdy na rowerze po górach - to z czego słyną Czesi i ich szlaki. Jak mi się uda to wrzucę tu jakiś poskładany film, bo coś tam próbowałem kręcić oprócz robienia fotek (te nie oddają tej przyjemności z jazdy).
Chata Koziniec
Dalej w stronę siodła pod Ostrym
Teraz będzie ciekawie





Kałużny
Zjazd z Szyndzielni w stronę doliny Rzeki
Czerwona narciarska trasa zjazdowa Ski Arealu Reka. Około 30% średniego nachylenia. Jedna z ciekawszych w okolicy. Ok. 1350m długości. Bajka.
W Ropicach był wypadek. Renault Thalia stuknęło się z Audi A6.
A oto wspomniany film. Mój aparat kręci tylko 15sek w rozdzielczości 320x240 i to bez głosu. Nie mialem zamiaru watajemniczać się w techniki obróbki filmu/dodowania dźwięku itp. Posklejałem wszystko w prostym programie i wrzuciłem na youtuba. Kręcone aparatem w ręce. Druga na kierownicy. Było trochę dziko i czasem nerwowo ale czego to się nie robi aby przekazać innym bikerom obraz teo co jest u knedli. Zalecam oglądać do końca. Część szlaku między Kałużnym a Sindelną.
&feature=youtu.be
Pilsko (1557 m n.p.m.)
-
DST
184.00km
-
Teren
40.00km
-
Czas
11:42
-
VAVG
15.73km/h
-
Podjazdy
2780m
-
Sprzęt Merida Matts TFS 500-D
-
Aktywność Jazda na rowerze
Uch. Postanowiłem dziś zrealizować wcześniejsze plany wyjazdu na Halę Lipowską (vis a vis Hali Rysianki) niebieskim szlakiem od Złatnej (Beskid Żywiecki). Na mapie wyglądał zachęcająco. A skusiło mnie do tego jeszcze bardziej uczestnictwo (tzn. możliwość spotkania na szlaku) k4r3la w maratonie MTB odbywającym się w masywie Pilska.
Edit: Kuba jednak nie wystartował.[u][/u]
W nocy padało więc zamiast ruszyć o 4 wyjechałem przed 6tą. Cieszyn-Przełęcz Jabłonkowska-Hrcava-Jaworzynka-Laliki-Rajcza-Ujsoły-Złatna-Hala Lipowska-Hala Rysianka-czerwonym i niebieskim na Pilsko. Na górze niestety samo mleko, wiatr i mżawka. Z Pilska trasą narciarską sprowadzenie-zjechanie do Hali Mizowej i w dół zielonym do Sopotni Wielkiej. Z Sopotni Wielkiej przez Sopotnię Małą do Węgierskiej Górki (wspomnienie praktyk geodezyjnych ;-) ), dalej do Kamesznicy i na Karolówkę. Ze Stecówki zjazd do Wisły Czarne i do domu przez Ustroń.
Warunki: mokro, ślisko na szlakach. Niebieski od Złatnej na Halę Lipowską prócz początkowego i końcowego krótkiego wypychu - zajebioza. Radość z jazdy wielka, dużo technicznych fragmentów - bardzo polecam - typowy singiel (w dół musi być jeszcze większy odlot). Czerowny między Halami Rysianką a Miziową wcale nie taki wybitny pod rower jak ostatnio gdzieś przeczytałem. Miejscami ok ale bez wypychu się nie obejdzie. Chłopaki uczestniczący w maratonie na zjazdach szli jak szaleni po tych kamolach i wertepach. Wariaty. Przerąbany teren. To była jedynie część trasy a całość (giga) była znacznie dłuższa i katorżnicza. No po prostu sieczka na całego. Podziwiam gości i zastanawiam się co to za przyjemność z jazdy w znacznej mierze wypchać rower na szczyt i z niego zjechać. Niektóre podjazdy TYLKO między Halą Miziową a Rysianką były po prostu niemożliwe do wyjechania. WYRYP na całego. A co było dalej? Nie wiem. Niektóre laski (chyba zawodowo uprawiające MTB) szły godnie. Spaliłbym się ze wstydu (jak niektórzy uczestnicy płci męskiej, czego byłem świadkiem). Niebieski na Pilsko - bez komentarza. Kto lubi wąską, bardzo stromą i śliską ścieżkę pokonywać w butach SPD pchając rower - polecam.
Ostatecznie z Kubą mijałem się zjeżdżając asekuracyjnie (aby - zgodnie zresztą z zasadami zdrowego rozsądku - jak najmniej przeszkadzać podjeżdżającym uczestnikom maratonu) zielonym szlakiem z Hali Miziowej do Sopotni Wielkiej . Nie spodziewałem się tego i w ostatniej chwili go poznałem ;).
EDIT!!! To jednak nie był Kuba ;-). ZONK! [i][/i]
Kilka fotek.
Przełęcz Jabłonkowska - pogoda nie rozpieszcza
© Marek87
Przyjemny asfalt między Jaworzynką a Lalikami
© Marek87
Witamy w Gminie Ujsoły
© Marek87
Początek niebieskiego i ja
© Marek87
Początek niebieskiego szlaku na Halę Lipowską
© Marek87
Niebieski szlak na Halę Lipowską ze Złatnej
© Marek87
Niebieski szlak ver. 2
© Marek87
Schronisko na Hali Lipowskiej
© Marek87
Schronisko na Hali Rysiance
© Marek87
Zjazd z Hali Rysianki w stronę Hali Miziowej
© Marek87
Oznakowanie maratonu MTB
© Marek87
Chłapcy pociskają. Wydaje się być płasko ale w rzeczywistości nie jest. W dodatku kamienie. Trzeba mieć dużo pary w nogach
© Marek87
Czerwony szlak z Hali Rysianki w stronę Pilska. Jeden z lepiej przejezdnych fragmentów
© Marek87
Wypych na Pilsko nieunikniony
© Marek87
Ja na szczycie Pilska
© Marek87
Pilsko szczyt
© Marek87
Na szczycie Pilska
© Marek87
Hala Miziowa
© Marek87
Praktyki geodezyjne odbywałem po 3 roku w Sopotni Małej. AGH organizuje je chyba od kilkudziesięciu lat w tym samym miejscu (również w Węgierskiej Górce). Współczuję mieszkańcom tych dwóch miejscowości. W każde wakacje (przez cały okres ich trwania), kilka turnusów studenciaków ubranych w oczojebne, pomarańczowe kamizelki łazi po drogach mierząc osnowę i nieskończoną ilość razy te same szczegóły sytuacyjne w terenie po to by wykonać mapę (+ kilka innch rzeczy). Niesamowity ubaw miałem jak widziałem oznaczenia punktów na asfalcie, niejednokrotnie przekreślone, poprawiane. Trudno ich nie zauważyć jadąc tamtędy. Nawet spotkałem jedną sesję wykonującą pomiar uzupełniający. Pogadałem z nimi chwilę i powspominałem stare czasy ;-).
Studenciaki geodezji w trakcie pomiaru
© Marek87
A oto pozostałości po ich pracy oraz miejsce zakwaterowania. Niektórym się nudzi to i nawet kółko i krzyżyk wypatrzyłem na chodniku! Gdyby to widziała jedna z barwniejszych postaci na AGH: dr SZ. ;). Pewnie by było: "Na co liczycie?". Bez względu na odpowiedź: "Liczcie na siebie".
Wspomnienie praktyk geodezyjnych w Sopotni Małej
© Marek87
Pojechałem dalej:
Wiadukt w Milówce na S69
© Marek87
Z Kamesznicy wyjechałem żółym na Karolówkę (ok. 930m.np.m). Całkiem ok, ale końcowe kilkaset metrów wypchane z powodu kamieni.
Na Karolówce sterta śmieci (jak w zeszłym roku). Kija a strzyc a dziwać się czy równo puchnie! Co za banda!
© Marek87
Trip udany. Napęd (wypucowany i nasmarowany przed wyjazdem) w rowerze trzeszczał, skrzypiał i trzaskał w drodze powrotnej ale jakoś dojechałem.
Hrcava nocą
-
DST
106.00km
-
Czas
04:17
-
VAVG
24.75km/h
-
Podjazdy
1100m
-
Sprzęt Merida Matts TFS 500-D
-
Aktywność Jazda na rowerze
Środowe późno-wieczorowe kręcenie po powrocie z Włoch. Odwieźć osobówkę do Górek Małych (rower w aucie). Potem na działkę do Łączki i w stronę Jaworzynki w okolice trójstyku granic PL/CZ/SK. Wyborna jazda po ciemku w akompaniamencie świerszczy i wrzasków dochodzących z organizowanych ognisk/imprez w ogródkach. Nie ma lepszej pory do jazdy niż w nocy w takie upały. Wystarczy chłodek i wzniesienia jakby się spłaszczają... Nic nie pooglądałem, bo ciemno jak... Asekuracyjnie na zjazdach. Mało wiadziałem z przodu (kilka metrów przed sobą). Powrót przez przełęcz Jabłonkowską, Bystrzycę i Trzyniec.
Aha! W Jaworzynce był skręt w prawo na turystyczne przejście Hrcava i znak "Bardzo trudna trasa górska". Myślę... ja piernicze. 23:30, semi slicki na kołach, kamienie, korzenie - to niemożliwe, bo przecież na mapie była dobra droga. No ja... 500 m asfaltowego podjazdu bez większej spiny a potem luz. Ten znak musiał stawiać jakiś turysta. Co za ściema!
Zdjęcia tandetne.
Kubalonka
© Marek87
Istebna
© Marek87
Kościółek w Hrcavie
© Marek87
Po pompkę do Koprzywnicy z górskim gratisem
-
DST
210.00km
-
Teren
60.00km
-
Czas
11:45
-
VAVG
17.87km/h
-
Podjazdy
3700m
-
Sprzęt Merida Matts TFS 500-D
-
Aktywność Jazda na rowerze
We wpisie Koprivniciego Drtica napisałem, że w moim przypadku nie było żadnych strat na tym maratonie. Okazało się, że jak myłem rower to zostawiłem pompkę na murku. Zorientowałem się po powrocie do domu. Mail do organizatora - znalazła się (swoją drogą dziwne to zważywszy na tak dużą liczbę uczestników). Po kilku wymienionych mailach p. Roman Lipovy zdecydował się zostawić ją w CykloArcie (sklep rowerowy) w Koprzywnicy a ja miałem ją odebrać. Teraz mam luźniejszy okres w pracy, środa wolna, zapowiadana dobra pogoda. Czemu tam nie pojechać? Przejazd przez Frydek, Palkovice wydawał mi się już zbyt oklepany i trywialny. Tym bardziej, że Koprzywnica zawsze już mi się będzie kojarzyć z masakrą po górach. Postanowiłem więc trochę ich dołożyć. Wyklilałem kuszącą trasę dzień wcześniej na cykloserverzre (interesowały mnie jak zwykle trawersy i teren) i wrzuciłem na Garmina. Wyjazd 05:40. Trasa pod względem urozmaicenia wyborna, ale – jak się okazało – trochę katorżnicza. Na Przełęcz Jabłonkowską bokami, potem przelot przez Szańce Jabłonkowiskie (miodne tereny rowerowe), dalej trawersami po górach po drugiej stronie Połomów, wyjazd na Konećną i do Bilej (też trawersem). Przez Stare Hamry do Hotelu Srdce Beskyd i do chaty Martinak. Stamtąd na Pustevny (przypomnienie Drtica ;-) ), zjazd do Frensztatu pod Radhoszczem i przez Koprzywnicę, Brusperk, Terlicko do domu. Po drodze kilka zaminowań (tzn. nieprzejezdnych miejsc) o których nie świadczyły wyraźnie wyznaczone szlaki na cykloserwerze. Semi slicki dały od biedy radę, choć jechałem wyjątkowo asekuracyjnie po ostatnim wytrybieniu na Lipowskim Groniu. Po drodze dokuczał wiatr. Nie wiem czemu ale 80% w niższych terenach w pysk na całe trasie.
Przełęcz Jabłonkowska w chmurach napierających w kierunku północnym.
W okolicach Szańców. Vysne Megonky (cudnie).
Zjazd w dół i do góry na trawersy szerokim asfaltem, potem węższym.
Na pierwszym ostrym zakręcie (ok. 50km trasy) fajne widoki. Doliny w mgłach.
Trawersy asfaltowo – szutrowe. Bardzo fajne (po trasie rowerowej). Chata B…. zapomniałem.
Potem więcej terenu (już nie po trasie rowerowej). W trakcie jazdy po prawej, po lewej niezliczone ilości źródełek, których próżno szukać chociażby w Beskidzie Małym. Chwila przerwy.
Wbiłem dalej na niebieski szlak (który w ostatniej części zgubiłem z powodu wycinki drzew- z buta) i wylądowałem na Uhorskiej (1000m.n.p.m).
W trakcie zjazdu w dół (całkiem ok na semi-slickach) Haferovci.
Łysą Górę i Travny oglądałem dziś z każdej strony.
Zjazd do Klokocova i w górę na Konećną (granica SK/CZ). Na asfalcie po prawej widać jeszcze oznakowanie trasy Drtića.
Kawałek asfaltem i wbiłem na kolejny trawers. Pierwsza połowa z kamieniami – po lewej (ale i tak ok), potem miodnie (po prawej).
Chciałem jechać nim dalej ale po pewnym czasie napotkałem ścinkę drzew (przez którą się przebiłem z nadzieją kontynuowania jazdy) ale dalej były chaszcze i zarośla. Zawróciłem i zjechałem asfaltem do Bilej. Tam centrum narciarskie i fajny zamek przy którym trochę pojadłem.
Z Bilej na dzień dobry podjazd na kolejny trawers i do Starych Hamrów. Nawet nie zdążyłem się przypatrzeć zbiornikowi a już wbiłem w lewo na trasę 6178 w stronę chaty Martinak. Fajna asfaltowa ścieżka choć 2/3 cały czas lekko pod górę. Hotel Srdce Beskyd.
Dalej kawałek asfaltem w kierunku Celadnej i w lewo do chaty Martinak (6ty punkt kontrolny Drtica) trasą 46. Chata Martinak.
Z Chaty Martinak na Pustevny asfaltem. N górze (ok. 1000m.n.p.m.)
Nie byłem tam za długo. Zjechałem w dół do Frensztatu pod Radhoszczem. 
I dalej do Koprzywnicy. Radhost (po lewej) i Velky Javornik (po prawej) po drodze.
Skalka/Ondrejnik (na środku) i bodajże Knehyne (po prawej). Z tyłu między nimi chyba Smrk. Łysa Góra zasłonięta.
Od uśmiechniętego Czecha przy kasie otrzymałem upragniony cel mojego tripu. (Wcześniej kupiłem już drugą taką samą pompkę).
W Hukvaldach ok. 1l kofoli (reszta do bidonów 50/50 z wodą) postawiła mnie trochę na nogi. Wyjechałem jeszcze na zaległy z 3 maja zamek (wstęp płatny-na drzewo!!).
Dalej do Cieszyna bokami z małym zabłądzeniem w lesie (znowu chaszcze i zarośnięta ścieżka).
Terlicko.
Po tripie nie wiem czy nie byłem czasem bardziej zarżnięty niż na Drticu. Ponad 2 stówy i przewyższenia wg Garmina 3700m. Bikemap pokazuje 3200m. Obecnie rower nie jest obiektem porządania. Przynajmniej do czasu w którym tyłek (kroczę) się podleczy. Selle Italia to chyba nie są siodła na długie dystanse a tych ostatnio było trochę.
Równica, Lipowiec
-
DST
75.00km
-
Teren
5.00km
-
Czas
03:45
-
VAVG
20.00km/h
-
Podjazdy
850m
-
Sprzęt Merida Matts TFS 500-D
-
Aktywność Jazda na rowerze
Niedziela jeszcze cieplejsza niż sobota. W sobotę po Opavie wmawiałem sobie, że w następny dzień będę byczył się gdzieś nad wodą. Do południa w Niedzielę wewnętrzna ambicja nie pozwalała mi patrzeć na rower oparty o ścianę. Wpadłem na "genialny" pomysł zaliczenia choć jakiejś górki lub wzniesienia. W końcu wolny weekend. W sobotę było przecież płasko. Wyjazd przed 12, grubo ponad 30 w cieniu. Cel obrany na Równicę. Do Ustronia tradycyjną drogą spokojnym tempem docieram w 48 min.
W Ustroniu na rynku grała orkietra. Posłuchałem kilka minut.
Kawałek dalej kajaki
Kajaki w Ustroniu
© Marek87
Kacza rodzina.
Małe kaczuchy
© Marek87
Pojechałem w kierunku szczytu. Początek jako-taki w cieniu. Woda z sokiem znikała z bidonów w zastraszającym tempie. W nasłonecznionych miejscach na podjeździe totlna rzeźnia. Ilość wysiłku i zmęczenie bez przesady 3x większe niż przy normalnej temperaturze. W połowie podjazdu musiałem stanąć na 3 min i zdjąć koszulkę, bo robiło mi się już niedobrze. Wyjechałem na szczyt w ok. 30 min. Przełożenie 2,2-2,4 (napęd 3x9) z prędkością na cyferblacie ok 8km/h. Żar lał się z niaba. Pół biedy, że w lesie był delikatny powiew wiatru.
Schronisko na Równicy
© Marek87
Widok na Czantorię. Z tyłu Soszów i Stożek
© Marek87
Z Równicy na Zawodzie i po ścieżce wysypanej drobnymi kamyczkami trawersem po Lipowskim Groniu. Było całkiem ok aż do feralnego lewego zakrętu. Założone semi-slicki 1,75' zatopiły się wręcz w nagromadzonym miejscowo szutrze, straciłem kontrolę nad przednim kołem, starałem się jeszcze ratować tylnym robiąc efektowny uślizg ale ostatecznie skończyło się na ostrym peelingu biodra i otarciu łokcia. Prawie nic mi się nie stało ale przez kilka dni będę miał problemy ze spaniem na prawym boku.
Obtarte biodro
© Marek87
Rower w zasadzie ok. Przerzutka oprócz zmiany swego nominalnego położenia (musiałem ją wykręcić aby odplątać dziwnie skręcony łańcuch) zyskała kilka poważniejszych rys na obudowie. Poza tym lekko przytarte siodo i rękawiczka.
Przerzutka straciła swą nominalną pozycję
© Marek87
Dalej wzdłuż scieżki susza we wszystkich przepustach. A końcu pojawił się strumyk aby obmyć rany na nodze i łokciu. Przy okazji całościowa kąpiel wraz z wsadzeniem głowy pod wodę.
Dotarłem do Górek Małych gdzie docelowo wiozłem dokumenty i kluczyki od samochodu. Potem pojechałem pokąpać się nad Brennicę i do brata, gdzie posiedzenie zeszło mi do późnego wieczora. Powrót po 23:30 w ogóle niepodobny do jazdy w ciągu dnia. Chłodno, lekki wiatr. Zatoczyłem rundę po Bładnicach i Nierodzimiu. Jechało się świetnie. W nieco ponad godzinę wyszło 30km.
Opava
-
DST
205.00km
-
Teren
70.00km
-
Czas
09:54
-
VAVG
20.71km/h
-
Podjazdy
780m
-
Sprzęt Merida Matts TFS 500-D
-
Aktywność Jazda na rowerze
To był pracowity tydzień. Poprzedni weekend we Włoszech, powrót w środę, w czwartek podziałałem w terenie w geodezji. Na wieczór tego samego dnia załadowałem okna do Świdnicy i Dzierżoniowa. Zjechałem do domu w sobotę o 6:20 (tak długo mi zeszło z tymi cholernymi oknami). Szybka zmiana opon na semi-slicki, pakowanie i o godz. 7:10 z 10 minutowym poślizgiem meldunek na kładce przy Al. Łyska. Wspólne rowerowanie. Kierunek Opava. O nie nie... nie do Karvinej, Ostravy i dalej do miejsca docelowego. Trasa przeurozmaicona. Masa ścieżek, szutrów - szlaków których próżno byłoby mi szukać na mapie. Andrzej na giepsie wyczarował takie drogi, że głowa mała. Ilość kilometrów po głównych asfaltach zmieściłaby się w 20-30. I to nie jest przesada. Jazda spokojna, bez napinania. Czas orientacyjny, bo skasowałem dane z licznika w Garminie przed kolejną, niedzielną trasą nie zapisując wcześniej info z Opavy (ehhh ta świadomość posiadania śladu). Wiem, że średnia ruchu wyszła około 21km/h. Potwierdziło to też navime.
Na początek do Ligotki Kameralnej, przez Nosovice do Frydka. Dalej wzdłuż Ostravicy w stronę Ostravy takimi ścieżkami.
Wzdłuż Ostravicy
© Marek87
Wzdłuż Ostravicy
© Marek87
Przez Ostravę po ścieżkach i dalej szutrówkami na Hlucin. Łabędzie.
Łabędzie na zbiorniku Stepan koło Ostravy
© Marek87
Wielki dąb po drodze
© Marek87
W okolicach Hlucina bardzo fajne jeziorko. Woda czysta, ciepła. Jak tu trochę nie popływać?
Jeziorko koło Hlucina. Jak tu nie wejść do wody gdy ona taka czysta?
© Marek87
Uśmiech na twarzy i można jechać
© Marek87
Dalej w stronę Dolnego Benesova polnymi ścieżkami.
Okolice Dolnego Benesova
© Marek87
Uzupełnienie płynów w sklepie. I dwa rowery.
Szosowa wersja meridy prze sklepem a za nią dwukołowy pomykacz z fikuśnym naszyciem na siodło w kolorach Kofoli
© Marek87
Trochę asfaltu i lądujemy w mieścinie Kravare a tam zamek i świetnie urządzone pole golfowe. Naprawdę jest na co popatrzeć.
Zamek Kravare
© Marek87
Dalej przez Velke Hostice:
Velke Hostice
© Marek87
Velke Hostice II
© Marek87
Stamtad już rzut beretem do Opavy.
Wlot do Opavy wzdłuż rzeki o tej samej nazwie
© Marek87
Opava
© Marek87
Opava II
© Marek87
Opava III
© Marek87
Opava IV
© Marek87
Opava V
© Marek87
Opava VI
© Marek87
Opava fontanna
© Marek87
Bardzo przyjemnie w towarzyszących upałach zrobić stójkę nad bryzgającą z dołu wodą ;-).
Rower też musi się schłodzić. A przy okazji płukanie napędu z kurzu w fontannie
© Marek87
;-)
Łeb pod (nad?) wodę
© Marek87
Droga powrotna totalnie odjazdowa. Masa lasów, wzdłuż pól uprawnych, w wysokiej trawie, jeden ok. 2-kilometrowy singiel w lesie - najlepszy odcinek w całym tripie bez dwóch zdań.
Rzut okiem na Opavę
© Marek87
Śmialiśmy się z chłopakami, że Daniel daniel3ttt znalazłby coś dla siebie ;-).
Bunkry w okolicach Opavy
© Marek87
Po drodze żniwa w pełni. Niezłe sprzęty można było zobaczyć na polach. Dupne kombajny i pojazdy na gąsienicach. Na ścieżce wyprzedził nas osobówką jeden z biorących udział w tymże procederze i zrobił niezłą zadymę. A fota przypadkowa. Akurat miałem aparat w łapie.
Po czeskim szutrze
© Marek87
Wlatujemy do kraju we wiosce Owiszcze.
Gdzieś przed Krzyżanowicami
© Marek87
Dalej wzdłuż Olzy mijając dzikie stawy i jedno komercyjne kąpielisko.
Niedaleko przed Karviną
© Marek87
Ostatnie 50km trochę trochę niemrawo z powodu sporych kilometrów w słońcu. A temperatura nie rozpieszczała. Wypad w pełni udany.
Aha. Zjadła mnie rutyna. Regulując zacisk hamulcowy po wymianie kół olałem to tylne, które z geguły nie trzeba poprawiać (aby klocki hamulcowe nie tarły o tarczę). Przód zrobiłem i kręcił się ok. Dopiero jak przyjechałem do domu, cofając lekko rower usłyszałem pisk dochodzący z tylnego zacisku. Zakręciłem z ciekawości tylnym kołem i szlag mnie trafił jak zorientowałem się po jakim czasie koło się zatrzymało. Część siły włożonej w kręcenie poszła tym samym w powietrze...
Znaczna ilość zdjęć nie jest mojego autorstwa. Dziękuję za udostępnienie fotek (może to ktoś przeczyta).
Po miejscu - Kostkowice
-
DST
33.00km
-
Czas
01:32
-
VAVG
21.52km/h
-
Sprzęt Superior
-
Aktywność Jazda na rowerze
Ponownie nadszedł czas rozłąki z rowerem z powodu intensywnej pracy. Dopiero po tygodniu od ostatniego strzału szprychy w Meridzie zaniosłem koło do roboty. Wcześniej nie było okazji. Chłopaki uświadomili mi, że za słabe mam te koła jak na moją wagę (90kg/195cm) i trudny teren - powód strzelania szprych.
Merida z racji braku koła "uziemiona" stoi pod ścianą.Pozostał Superior. Poruszałem dziś w nim trochę kulki w łożyskach (czyt. ruszyłem go spod ściany) likwidując wcześniej obluzowane konusy w tylnym kole (zidentyfikowane przy przekładce opon przód-tył). Nie wiem czemu się poluzowały. Może zbyt słabo je skręciłem 1,5 roku temu.
Z Trzyńca (gdzie zostawiłem duże auto) na tym moim zbyt małym karakanie do Cieszyna i potem do Łączki na działkę przez Zamarski i Kostkowice. Nawet ciuchów nie ubierałem i rękawic. Tylko kask. Zdjęć nie będzie, bo nie brałem aparatu na taką krótką turystyczną przejażdżkę. Utwierdzam się w przekonaniu, że zdecydowanie za mały jest ten rower. Źle mi się na nim jeździ. Nie ma "tego czegoś" nie wspominając o jakiejś zrytej zgarbionej sylwetce.
Barania Góra - ok. 1220m n.p.m.
-
DST
100.00km
-
Teren
20.00km
-
Czas
06:28
-
VAVG
15.46km/h
-
Sprzęt Merida Matts TFS 500-D
-
Aktywność Jazda na rowerze
Po wczorajszym wypadzie skusiłem się na Baranią Górę z chłopakami. Jeszcze wieczorem doprowadziłem rower do użyteczności jezdnej. Pucowanie przede wszystkim napędu. Start 8.15 spod Biedry. Kierunek Cisownica, Ustroń, Wisła, koło zameczku prezydenta do góry na Szarculę, Stecówka, Przysłop, Barania Góra prawie do Malinowskiej Skały. W dół do szutrówki i przez Salmopol do domu. Dziś powtórka z rozrywki czyli sporo butowania po szlaku. Generalnie mało rowerowe te trasy ale i tak sporo zapaleńców po drodze. Przez całą trasę byłem trochę zbity z tropu (przez trochę obolałe nogi) - jakoś poszło.
Na Szarculi. Wczoraj jechała tam Pętla Beskidzka
© Marek87
Posiedzenie na Stecówce
© Marek87
Na czerwonym szlaku.
Ja na czerwonym szlaku
© Marek87
Barania Góra
Wieża na Baraniej Górze
© Marek87
Czerwony szlak od strony Przysłopa
© Marek87
Widok w stronę Stożka (ten charakterystyczny pagórek po lewej) i Czantorię (po prawej). Pośrodku gdzieś Soszów
© Marek87
Widok z Baraniej w stronę Skrzycznego
© Marek87
Widok w stronę Milówki. Gdzieś tam w tyle w chmurach Pilsko i Babia Góra
© Marek87
Na razie lekko wyleczyłem się z gór na rowerze. Za kilka dni pewnie ochota znów wróci.
Chodzą mi po głowie pomysły:
- Vysoka od Horni Becvy żółtym i czerwonym szlakiem
- Velky Javornik w Czechach (w obu przypadkach okolice Rożnowa pod Radhostem)
- Hala Rysianka od Ujsołów zielonym szlakiem (przez Kubalonkę, Stecówkę, Karolówkę)
Tymczasem po wypoczętym ;-) weekendzie czas wrócić do rzeczywistości.
Beskid Mały - Łamana Skała
-
DST
171.00km
-
Teren
60.00km
-
Czas
12:16
-
VAVG
13.94km/h
-
Sprzęt Merida Matts TFS 500-D
-
Aktywność Jazda na rowerze
Zrealizowałem odkładany od dawna plan, choć w całości się nie udał. Wycieczka w Beskid Mały czyli miejsce często ujeżdżane przez Kubę (k4r3l), któremu dziękuję w tym miejscu za wcześniejsze info na temat charakterystyki tamtych szlaków. Miało być do Leskowca trasą jaką przebyli BBriderz w maju. Skończyło się na Łamanej Skale, bo byłoby za długo i wracałbym po ciemku. Niemniej jednak dostałem tak po dupie, że jestem wyrąbany jak koń po westernie. Absolutne katowanie się po górach, śliskich kamieniach, korzeniach - szlakach rozoranych przez wodę z dnia poprzedniego. Dużo wypychania. Wiem, wiem, brak mi techniki, mocy w nogach ale cholera nie dałem rady w wielu sytuacjach. Po prostu nie i koniec. Nauka pokory. Trasa trudna. Średnia zdechła - tak jak ja... ;-).
A więc najpierw do Bielska bokami. Przez Górki Szpotawice do Jaworza.
Jaworze
© Marek87
W Bielsku trochę jedzenia i w stronę Straconki. Odbicie w lewo na czerwony. Z początku ok. Potem mój "ulubiony" wypych. Rower ma mnie wozić ale co zrobić! Trzeba pchać bo stromo. Na górze już ok. Miejscami tak jak w Czechach. Docieram do Gaików. 800m z hakiem n.p.m.
Gaiki
© Marek87
Dalej szczytami jedzie się ok. Cel kolejny. Hrobacza Łąka a na niej krzyż. (Czerowny szlak nosi miano papieskiego).
Hrobacza Łąka
© Marek87
Dalej w dół czerownym do Porąbki. Z początku ok (jak na zdjęciu). Potem sieczka. Rozorany przez wodę szlak z luźnymi, wielkimi kamieniami. Z obawy o brak kompletu uzębienia po potencjalnym upadku miejscami sprowadzam.
Czerwony szlak do Porąbki
© Marek87
Porąbka i zapora.
Porąbka i zapora
© Marek87
Z Porąbki krótko asfaltem i na czerwony na Żar. Pomijając może z 200-300m przejechany odcinek - wypych na samą górę. Brrrrr. Na górze... Leskowiec->6h35min! Shit.
Drogowskaz na górze Żar z niezbyt zachęcającymi informacjami
© Marek87
Po krótkim jedzeniu jadę. Oj ten czerowny na Przełęcz Kocierską taki sobie. Też trochę pchnia. Jednak na przełęcz Kocierską docieram i tak 1h 50min wcześniej niż czas dla piechurów.
Przełęcz Kocierska
© Marek87
Z przełęczy w stronę Łamanej Skały malina! Jedynie pod Potrójną trochę wypychu. Szlak przypominał nieco ten u knedli. Szczególnie z początku zbity piasek i bez kamieni. Jednak mokro - jak wszędzie. Trochę dalej...
Czerwony na Łamaną Skałę
© Marek87
Minąłem Łamaną Skałę z dwoma fajnymi skałami oczekując czegoś więcej dalej. No to się nie doczekałem. Dotarłęm do drogowskazu na którym widniał Leskowiec->1h 35min. Była 15 więc odpuściłem drogę do Leskowca i powrotną (nieuniknioną). Może innym razem. Zielonym w dół w stronę Kocierza Górnego całkiem ok. Choć też trochę kamieni. Wyjechałem na asfalt. Po kilku kilometrach, jak ten cały syf z napędu wyschnął, do samego Cieszyna jechałem w koncercie coraz to nowszych tonów pisków, zgrzytów. Przerzutki jak i cały napęd chodził jak zdezelowany Jelcz bądź Star. Krew mnie zalała. No ale co zrobić...
Gdzie tu nie ma błota?
© Marek87
Aha, wcześniej się zorientowałem, że znowu praskla (jak by to powiedzieli Czesi) mi szprycha. Nic dziwnego. W końcu ostatnio też jedna strzeliła.
Nieszczęsna szprycha
© Marek87
Dalej w dół i na Tresną.
Zapora w Tresnej na jeziorze Żywieckim
© Marek87
Widok z Tresnej na Żar
© Marek87
Przez Łodygowice, Buczkiwice, Szczyrk na Salmopol. Gdybym powiedział, że wyjechałem na Przełęcz Salmopolską to bym skłamał. Ja się na nią wytoczyłem.
Skocznie narciarskie w Szczyrku
© Marek87
Salmopol
© Marek87
To tyle. Dużo zarówno wrażeń jak i ciężkiej (jak dla mnie) całodniowej tułaczki po górach. Może gdyby było trochę bardziej sucho to byłoby lepiej. Jutro chyba Barania Góra. O ile nie wstanę połamany nad ranem.


