Grupowo: Trzy Kopce, Grabowa, Magura Wiślańska
-
DST
92.00km
-
Teren
30.00km
-
Czas
05:25
-
VAVG
16.98km/h
-
Podjazdy
1980m
-
Sprzęt Merida Matts TFS 500-D
-
Aktywność Jazda na rowerze
Grupowa jazda ekipy z Cieszyna (MTB Śląsk Cieszyński) z bbRiderZ z Bielska. Ja, Marzen, Grzegorz, Maciek, Andrzej, Arek, Waldek, Kazik (kolejność absolutnie przypadkowa). Zbiórka na dworcu w Ustroniu. Poranek mokry, mglisty.
W miarę upływu czasu coraz lepiej aż do załamania pogody i kolejnego wypogodzenia. Najpierw podjazd na przełęcz Beskidek między Równicą w Orłową z Ustronia Jaszowca. Dobry sztajf! :).
Z przełęczy na Orłową również z podjazdami. Jak ja to zaczynam lubić! Szczególnie jak noga względnie podaje! Przed Orłową.
Dalej na Trzy Kopce. Po drodze Grzegorzowi defektuje na krótko hamulec (wyciek płynu). Niezawodny Waldek, ku uciesze każdego bikera wyciąga z plecaka klucz nastawny, który ratuje nam życie. Ci co mieli klucze, to tylko oczkowe :). Te akurat się nie nadawały. Maciek i jego sprawne serwisowo-rowerowe ręce naprawiły usterkę.
Przed Trzema Kopcami. Ekipa w drodze.
Jadą... :)
W grupie bbRiderZ jest wybitnie zgrany duet lub tercer. A może i kwartet. Zależy kto z kim i kiedy :). Smok podrywa Marzenę ogniem... Gorzej niż koty! ;)
Głupie zakładanie rękawiczek znalazło wątek erotyczny... Co za banda zakręconych ludzi ;). Kto był to widział tych zbereźników ;)!
Po konsumpcji na Trzech Kopcach jedziem w stronę Salmopolu/Grabowej.
Ja na szlaku.
Daleko nie ujechałem. Widzę przed sobą średniawy podjazd z optymalnymi kamieniami. Miałem średnio z przełożeniem. Dołożyłem trochę w pedały bez redukcji i trach. Na dwie części skubańca! Na spince i na pinie. Ja po prostu jestem zdolny inaczej do takich rzeczy :). Dalej jechałem z dwoma spinkami w łańcuchu. Po tripie w domu zastąpiłem wygięte (wyrzucone) ogniwo tym z resztek po skróceniu. Jeszcze sporo pojeździ.
Service.
Pod Grabową jest perfekcyjny singiel. Jechałem nim drugi raz w krótkim odstępie czasu. Zdecydowanie odważniej, sprawniej i z większym babanem na ustach :). Na focie Waldi.
Dalej po Korzonkach (celowo z dużej litery).
Podjazd na Grabową czarnym szlakiem (w końcówce) daje w tyłek! Na górze pożegnanie z bielską ekipą która pojechała na Kotarz i ognisko (!). My popedaliliśmy w stronę Salmopolu. Z Salmopolu szutrówami...
Potem już było tylko ciekawiej. Pod Malinowską Skałę i w stronę Magury Wiślańskiej.
I z buta i w siodle...
Jest temat do jazdy!
Ciśniem do kopca!
Przerwa na jedzenie przed wypychem. Telewizornia i sztajf w pełni!
Odcinki jezdne...
Poplątane z mniejszą i większą sieczką. Ale my to uwielbiamy!
Z Magurki Wiślańskiej zjeżdżaliśmy w stronę Magury Radziechowskiej gdy zaczęło bardzo mocno wiać. Wiatr połączony z coraz obfitszym deszczem nie wróżył nic dobrego. Postawnowiliśmy zrezygnować z Radziechowskiej, wróciliśmy conieco i wbiliśmy na szlak żółty prowadzący do Wisły Malinki (w okolice skoczni). Świetny szlak zapewne w dwie strony, choć pokonany przy sporej wilgotności podłoża. Pogoda w tym czasie nieco się poprawiła i pojawiło się nawet słońce. Gorzej z rowerami. Powrót do Cieszyna w piskach i zgrzytach napędów. Warto było! Spora ekipa, dużo śmiechu. I o to wszystko w tym chodzi! Dzięki!
ps. Większość fot Arka oraz Waldka. Dzięki chłopy :).
Beskidzka trzepaczka :-)
-
DST
118.00km
-
Teren
40.00km
-
Czas
08:46
-
VAVG
13.46km/h
-
Podjazdy
2608m
-
Sprzęt Merida Matts TFS 500-D
-
Aktywność Jazda na rowerze
Niedzielne trzepanie bebechów na naszych wspaniałych beskidzkich szlakach w towarzystwie Marzeny.
Zbiórka na moście w Górkach Wielkich i cioramy nieco rąbankowo po naszych polskich szlakach. Na pierwszy ogień poszła Zebrzydka (nazwana potem przez Marzen "Żabniczką" :) ). Podjazd zielonym szlakiem jest wyborny i kultowy z końcowym wypychem. Miodzio! Zjeżdżamy w klimatach raczej jesiennych...
Dalej wbicie na czerwony i na Błatnią. Miejscami luźne kamienie ale moc w nogach była nadprzeciętna i wyjechane wszystko do góry. Łagodny fragment czerwonego, po wszystkich podjazdach.
Na Błatniej chwila na karmienie. Kto jak kto ale ja o łyżeczce do twarogu nie zapomniałem :)
Z Błatniej jak to z Błatniej... Na Klimczok. Fajne podjazdy, super!
Dawaj, dawaj nie udawaj!
Klimczok. Po tym zdjęciu heble się zagrzały...
Rąbankowy zjazd z Klimczoka na Karkoszczonkę czas zacząć. Czerwony szlak na dół w dalszej części zgubiony. Trzeba było trochę podjechać ale zjazd mega. Adrenalina jak się patrzy :).
Po lewej Skrzyczne, po prawej widać ośrodek narciarski Czyrna-Solisko (trasy zjazdowe).
Do Karkoszczonki heble też się grzały!
Z Karkoszczonki czerwonym, z początku genialnie singlowo w stronę Kotarza i Salmopolu.
Potem nasza piękna oraczka. Prawie wszystko w siodle. Masakryczna zabawa z niewielkim wypychem :).
Coś mi towarzystwo zaniemogło z tyłu ^^ :). Ale widać wyłaniający się kask!
Kotarz
Na Salmopolu mała sielana i wyżera. Mniam :). Mina skrajnie pozowana :).
Z Salmopolu czerwonym na Malinów. Oooo, udo i łyda świerzbiły! Wyjechane w siodle z dwoma kilkunastowymi przerwami. Jest co robić!
Z Malinowa sporo radochy i heblowania w stronę Malinowskiej Skały. Ostrrrrooo. Po prawej wygodna szutrówa.
A tu już podjazd pod Malinowską Skałę. Wyjechany z małą przerwą na fotkę. Ponownie super!
Malinowska Skała. W dole krajobraz księżycowy, za nami Skrzyczne.
W drodze na Skrzyczne po Księżycu.
Jest i cel naszej trzepaczki :). Widoki żadne. Przelotny deszcz, mgła. Kiszka.
Zjeżdżamy w dół. Ale którędy? Czerwonym do Buczkowic! Bez komentarza. Trochę sprowadzania a tam gdzie jazda to dużo frajdy i podniesionego ciśnienia!
W tym miejscu Marzena zainicjowała nowy tryb przemieszczania się w dół po korzeniach. Mianowicie "rowerem do tyłu" (prowadząc). A właściwie rower tyłem. Brzuch bolał mnie ze śmiechu! :).
Jak to robią profesjonaliści? Ano tak. Remigiusz Ciok w akcji na czerwonym ze Skrzycznego. W 1:25 nie wiedziałem jak sprowadzić rower a 3:54 to przejazd po korzeniach na powyższym zdjęciu. Jak z krawężnika! Polecam, bo to czyste wariactwo :).
W drodze powrotnej przez Bielsko, Wapenicę, Jaworze, Górki do domu. Reasumując. Fajny trip ze sporą ilością podjazdów i dobrą dawką technicznej jazdy. Dzięki Marzen za tripa!
Stecówka
-
DST
88.00km
-
Teren
10.00km
-
Czas
05:54
-
VAVG
14.92km/h
-
Podjazdy
819m
-
Sprzęt Merida Matts TFS 500-D
-
Aktywność Jazda na rowerze
Sobotni trip na Stecówkę z Ludziem. Pierwotnie zamierzałem zrobić zaległą Chatę Kamenity + Severkę ale ostatecznie pojechaliśmy w Ustroń i Wisłę. W planie była Stecówka od doliny Czarnej Wisełki z różnymi opcjami skrócenia. Do Ustronia bokami. Dalej do Wisły wzdłuż wałów tejże rzeki. W mieście mała przerwa na hot-doga (za gnijące punkty na karcie Super Vitay ;) ) i kawę na Orlenie. W Wiśle przed zaporą, nad wodospadem łaził jakiś odważny, choć neutralny "minowo" rowerzysta... ;).
Ludź po dogłębnej analizie sąsiednich urządzeń/konstrukcji hydrotechnicznych i wgłębeniu mnie w tajniki tychże miał lepszą zajawkę do dalszego pedałowania :).
Nad Zaporą na Jeziorze Czerniańskim... Mam słabość do takich zdjęć i rozradowanych na nich ludzi... a szczególnie Ludzia ;). Z tylu widać to zdecydowanie zbyt wielkie, srebrne, ciężkawe , dwukołowe kowadło! Ehh.
Wspólna jazda to i wspólne foto.
Zapodałbym tu jedno fajne zdjęcie Ludzia z profilu ale mogę mieć za nie przewalone więc nie będę się narażał :). Będzie za to moje gibkie ciało. Hyhy :). Co za giętkość i zgrabność. Dobrze, że mi nic nie strzeliło w kręgosłupie
Oj tak mi dobrze..
Znad zapory pojechaliśmy kawałek doliną Czarnej Wisełki w stronę Przyszłopa aby poczuć klimat przyjemnego asfaltu i pluskotania potoku :). W drodze powrotnej plan był taki aby podjechać pod Zameczek (do Zameczku). Zawzięty Ludź zaczął ambitnie kręcić pedałami ośmieszając swoją postawą prowadzącą rowery (chyba) zagraniczną parkę. Przejechał obok owego Zamczku jadąc dalej do góry! Zapędziło mi się towarzystwo na dobre! Zaczęło potem trochę stękać ;) więc urządziliśmy mały postój przy drugiej bramie. Po łyku napoju wio do góry, rach ciach i przełęcz nasza :). Dzielny Ludź ciśnie!
Z przełęczy jeszcze krótki podjazd i przyjemnie sfaltem na Stecówkę. Na niej krókie jedzenie wraz z tym cholernym, sępiącym kotem! Zbyt często już go tam widuję i darmozjad zaczyna mnie najzwyczajniej drażnić ;)!
Ze Stecówki zjazd doliną Czarnej Wisełki (którą zamierzałem swoją drogą podjeżdżać) ale nie doceniłem zapędu Ludzia ;).
W drodze powrotnej niby już trochę z mniejszymi siłami... W Cisownicy spotkanie z jednym rowerzystą z Gliwic. Potem do Bodźka odebrać zaplecione nowe tylne koło do Kellysa. Transport koła odbywał się w sposób umożliwiający mi hamowanie jednym hamulcem (w drugiej ręce trzymałem i kierownicę i koło). Moje zdziwienie sięgnęło zenitu gdy niby sponiewierany Ludź zaczął rozpędzać na dobre na drodze z Dzięgielowa do Puńcowa. Założył największą tarczę z przodu (46 zębów!), najmniejszą z tyłu (14z) po czym z dumą rozglądał się za mną raz za czas. Ja jechałem spokojnie, bo nie zamierzałem wyrżnąć zwłokami z kołem w ręku! Przełożenie 32/11 było za wolne a wielkiego blatu nie miałem odwagi wrzucić. No ale Ludź ambitny i pedał w podłogę, ile fabryka dała. Akurat tak się złożyło, że byliśmy przed Puńcowem gdy przypomniało mi się, że w prawo odbija droga na Banotówkę. Postanowiłem przytemperować trochę zapały Ludzia i okrzykiem wydałem komendę: "W prawo!". Przejechaliśmy kilkaset metrów w tym kawałek chodzącego mi po głowie podjazdu ;). W trakcie ciśnięcia pod górę Ludź sam "sprowadził się na ziemię" po czym zawróciliśmy i już bez kozaczenia dojechaliśmy do Cieszyna :).
Fajny, spokojny trip. Jak zwykle śmiesznie i momentami złośliwie - jak za każdym razem. Dzięki!
Tajniki Javorovego
-
DST
43.00km
-
Teren
10.00km
-
Czas
02:31
-
VAVG
17.09km/h
-
Podjazdy
841m
-
Sprzęt Merida Matts TFS 500-D
-
Aktywność Jazda na rowerze
Robota układała mi się ostatnio nockami (po miejscu). Czasu na rower i tak było stosunkowo mało. Coś załatwić, po coś podjechać itp. W piątek przed południem po nocce a przed umówionym bieganiem wyskoczyłem na szybki Mały Javorovy celem zbadania singla (trasy) polecanej przez Andrzeja z Ustronia. No to jedziem przez Smilovice do Oldrzychowic/Gutów.
Jeszcze kontrola danych wysokościowych co do przewyższeń liczonych wg Garmina!
Start: spod bloku. Wysokość ok. 300m n.p.m (fota z końca tripu, ale miejsce identyczne).
W Gutach (zjazd z drogi koło przystanku wgłąb doliny).
Ciśniem pod górę autostradowymi szutrówami omijając tym razem singiel (zdjęcie z jazdy).
Pod wyciągiem widać miejsca zabawy niektórych zapaleńców zjazdowych... Muszę też to zbadać :).
Tutaj coś dla k4rela. Na MTB Trophy (chyba na III etapie) będziesz stamtąd zjeżdżał w dół...
... i pojedziesz w dół w dalszej części niezłymi agrafkami :).
Kontrola wysokości. Siodło pod Małym Javoroym (to co na tabliczce dwa zdjęcia wyżej).
Screenshot z Garmina. Różnica kilku metrów więc względnie.
Suma w pionie. Według danych wysokościowych z Garmina 762-300=462m. Na poniższym screenie 538m. Od domu mam kilka razy w dół (z czego na początek ul. Hażlaską zjazd 50m w pionie) więc te kilkadziesiąt metrów różnicy jeszcze po drodze w Ropicach wydaje się być realne.
Zielony z siodła do góry poszedł sprawnie, choć z kilkoma kapitulacjami. Skurczybyk jest dosyć techniczny ale genialny do szkolenia się! Korzonki dają się we znaki. Siła w nogach do podjechania jest, ale technika trochę leży :/. Napadało trochę śniegu (w ramach ostatniego ochłodzenia) więc kwietniowej jazdy po białym troszkę było :).
Podjazd niebieską trasą zjazdową również powoduje zwiększony rytm serca. Wszystko wyjezdne z odrobiną samzaparcia :).
Kontrola nr 2. Chata na Javorovym. 968m n.p.m (info na górze i na www). Wg Garmina 952m. Różnica na moją niekorzyść ale stosunkowo mała. Do zaakceptowania.
Całkowita wzniosłość na górze (suma podjazdów):
Od siodła pod Małym Javorovym wg info na tablicach 968m - 755m = 213m. Wg Garmina (różnica sumy podjazdów - na tym odcinku było cały czas do góry lub nieco po płaskim) 732m - 538m = 194m. Czyli znowu na moją niekorzyść ale to pomijam! Dochodzi jeszcze kwestia poprawności wysokości na tablicach ale mniej więcej się to zgadza z Garminem. Jak widać Garniak w miarę realnie sumuje wysokości. Wiadomo, że są odstępstwa (GPS mniej dokładnie wykazuje wysokości niż współrzędne płaskie) ale trzyma się to kupy. Test jest niezbyt profesjonalny ale pokazuje, że bikemap wybitnie zaniża przewyższenia!
Na górze paralotniarze :). Polacy również.
Rzut oka w stronę wieży:
Na wysokości drugiego słupa wyciągu przy trasie czerwonej faktycznie zaczyna się singlowo-endurowo-downhillowa trasa. Jest ostro! Niestety 80% sprowadziłem, ponieważ w lesie było strasznie ślisko. Do tego korzenie i inne niespodzianki. Szok! Nie widać pionowości ale uwierzcie mi, że temat jest poważny :)
Tu po prostu była rzeźnia!
Jak tylko będzie sucho trzeba tam wjechać! Ale to jak będzie sucho :). Heble czerwone na bank!
Dla zainteresowanych więcej zdjęć tutaj: foty
Żermanice, Terlicko z elementami "hipoterapii"
-
DST
80.00km
-
Teren
15.00km
-
Czas
04:52
-
VAVG
16.44km/h
-
Podjazdy
940m
-
Sprzęt Merida Matts TFS 500-D
-
Aktywność Jazda na rowerze
Uwaga! Wpis z dodatkową dawką humoru - tak jak było na wycieczce. Wiele rzeczy przesadzonych, ale o to chodzi. Ludź niech się nie oburza, bo tu ma być zabawnie a nie drętwo!
A więc niedziela spędzona wycieczkowo z Ludziem. Jest coraz lepiej z jego formą. Pierwotnie mieliśmy zaliczyć w końcu jakąś górkę. Wpadła mi na pomysł Kamenna Chata + Skalka (asfaltem) ale stwierdziłem, że to jeszcze nie ta pora. Na szybciora wyklikałem na cykloserverze (a jakże) w miarę ciekawego tripa, wgrałem na Garmina i w drogę. Terlicko i Żermanice jak najwięcej bokami z nutką jazdy w lekkim terenie. Przyznam się bez bicia - nie ujeżdżam tych terenów zbyt często i znam je słabo. Trzeba byłoby to w końcu nadrobić! Ta wycieczka pozwoliła mi się przekonać, że jednak nie jest tam tak nudno! O tym za chwilę. Ujeżdżałem Merdię na terenowych laczach, bo Kellys zdefektowany.
Najpierw w stronę Stonavy przez Louki u Karvinej. Obok kopalni CSM Jih (południe), CSM Sever (północ). Następnie obok kopalni Darkov (Dul Darkov). Tak jak pisałem - najbardziej bokami - tak też było. Po drodze wyraźnie widoczne skutki działalności górniczej... Ludź i moje stare, czeskie wozidło...
W następnej części tripu jazda po świetnych szutrówkach w lesie w okolicy Górnej Suchej i Albrechcic. Na zdjęciu to coś co mam między uszami...
Patrząc na poniższe zdjęcia następnym rowerem będzie chyba 29'. Przecież ten widok jest komiczny! Wyglądam jakbym jechał na składaku!
Trochę na południe od Górnej Suchej (Horni Sucha). 26ty kilometr trasy. Ludź w łagodnym terenie. PRAWIE jak sekcja korzenna :). Uśmiech na twarzy, wiatr we włosach - o to mi właśnie chodzi!!!
Dalej takie esy floresy. Super tereny na początek! Semi-slicki dały od biedy radę :).
Jakieś strumyczki, potoczki i trochę zabawy... Ludź w tym miejscu wykazał się nieoczekiwanym przeze mnie refleksem. Byłem przygotowany na powtórzenie tego czynu co najmniej kilka razy. Udało się za pierwszym podejściem (przynajmniej tutaj Ludź nie był złośliwy ;) )..
Fota z drugiej strony. Widać, że knedle śmigają tam na rowerach. Sporo ścieżek do zabawy (nad Ludziem pijącym wodę).
Ciekawe formy rzeczne a właściwie potoczne, strumyczne. Wyraźnie widoczne meandry.
Dotarliśmy do Terlicka. Czas na krótkie żarcie.
Z Terlicka rzut beretem do Żermanic. Jedziemy i w niedługim czasie docieramy nad kolejny zbiornik wodny. Spostrzegam huśtawkę. Nie mogłem sobie odmówić tej przyjemności połączonej z kompromitacją (mam gorsze zdjęcia - to wygląda jeszcze całkiem normalnie).
Ludź też skorzystał z huśtawki. Nie wiem tylko czemu zaczął ćwiczyć Jogę. Albo to kopniaki wycelowane we mnie w przyszłości...(czyt. po tym wpisie).
Chociaż chyba nie jest tak źle...Sweeeeet. Ahhh. Jeszcze jedno. Nie można pominąć tych oczojebnych, nowych butów do biegania w terenie (górskim!). Ale co tam buty.......................
Na zaporze w Żermanicach.
Mój zamiar był taki, aby objechać jezioro i wrócić przez Domaslavice do Cieszyna. Popatrzyłem na Garmina i na nie do końca sponiewieranego Ludzia. Ludź do tej pory w trakcie jazdy był czasem ambitny. Momentami bardzo mocno deptał po pedałach. Niestety.. brutalna rzeczywistość szybko sprowadzała go na ziemię. Po kilkunastu sekundach ostrzejszego pedałowania sytuacja wymagała, aby drugi, taki sam okres czasu odczekać w celu możliwości porozumienia się z nim z powodu, nazwijmy to, zaawansowanego oddechu (tudzież bezdechu) ;-). Pokręciliśmy w stronę Pazdernej i ni stąd ni zowąd po chwili, po prawej stronie wyrosła nam stadnina koni. Muszę pisać co to oznacza? Nie muszę ale napiszę!
Zaczęło się spokojnie. Koń zaczął poznawać Ludzia.
Amant spodobał się Ludziowi od razu! A ja patrzę na to wszystko prawie z pianą kipiącą mi z ust...
Zaczyna się robić gorąco. Coraz bliżej... i bliżej... Myślałem, że zwariuję.
Napatoczył się kolejny agent! Ejjjj! Nie tak ostro! My się tak dobrze jeszcze nie znamy!
Pierwszy amant wziął Ludzia na bliskość a Ludź próbował go zwerbować czekoladą. Co tam masz?
Takiej sytuacji ta świnia nie mogła zmarnować. Przy moim oburzeniu, na moich oczach rozpoczął swą grę (pewnie wstępną). Najpierw zaczął od tarmoszenia kasku...
Całe szczęście, że Ludź znalazł szybko czekoladę i nie musiałem dłużej na to patrzeć. I tak amantowi nie podeszła (szkoda, że się nią nie udławił! - świnia)... ;)
Moją przedwczesne zadowolenie szybko ucichło. Zleciały się kolejne napalone typy... (pewnie na czekoladę). Tutaj biodro, tam nóżka, tu Cię pogłaskam, tu się ucieszę... Wrrrr.
W dalszej części uniesień zagotowała mi się krew w żyłach i tętnicach. Sekcja rozbierana a Ona zadowolona! Nie może być! Musiałem reagować!
W roztargnieniu i ataku paniki zacząłem rwać trawę aby odpędzić te świntuchy od Ludzia. Coś tam na mnie poleciały (podawałem im prosto z ręki). Ludź wpadł na podobny pomysł i szans już nie miałem... ;)
Ojej, jakie to urocze... W tym miejscu choć na chwilę chciałbym być koniem... Chociaż. Może nie, bo konie nie jeżdżą na rowerze!! Haha!
Dobrze, że zadowoliły się chociaż moim kolanem. Świnie!
Po około 30 minutach zakończyły się te prawie erotyczne sceny i pojechaliśmy dalej. Uff. Choć Ludź miał zapewne sporo myśli w głowie. Ten uśmiech jakiś taki podejrzany...
A ten już z powodu braku czucia nóg po podjeździe + utraty świadomości. Ale Ludź tak lubi!
Żermanice. Krótkie jedzenie.
Po ostatnim podjeździe przed Czeskim Cieszynem. Oj, oj, już była mała sponiewierka na twarzy Ludzia :).
W Cieszynie pojechaliśmy jeszcze do Lasku Miejskiego zmierzyć GPSem długość trasy do biegania. Są tam fajne, choć łatwe ścieżki - takie w sam raz do rekreacyjnej jazdy. Ale i tak na jednej z nich Ludź (jak to określił) WYPADŁ!!! Moim zdaniem trzeba na nowo zdefiniować to pojęcie. Można by było podejść, pogłaskać i przytulić... ;). Ale nie do Ludzia! Broń Boże! Chyba, że jesteś dziewczyną!
W ten oto sposób zaliczyłem kolejną udaną Niedzielę w ramach tripu z Ludziem. Ludziowi zostało pewnie trochę w nogach, ponieważ trasa nie była do końca płaska. 900m w pionie z hakiem i 80km to już jednak coś (jak na początek)! No i przede wszystkim - wszystkie podjazdy wyjechane. W Superiorze jest twarde przełożenie. Z przodu 26 z tyłu 28 więc prawie 1/1. Gdyby nie moje łagodne serce ;) ;P pojechalibyśmy w końcówce podjazd pod strefą przemysłową w Czeskim Cieszynie. Tam byłaby kaplica i zniesmaczenie Ludzia. Mniejsza z tym Fajnie się bawiłem. Sporo śmiechu i radochy :). Oby tak dalej :). Dzięki!!!
W porządku. Za zgodą Ludzia wstawiam film. Dla zaspokojenia oczekiwań samców, bo widzę, że niektórzy nie są do końca usatysfakcjonowani samym czytaniem... ;).
Poranna kontrola singli i holowanie z Ustronia
-
DST
105.00km
-
Teren
15.00km
-
Czas
06:53
-
VAVG
15.25km/h
-
Podjazdy
1189m
-
Sprzęt Merida Matts TFS 500-D
-
Aktywność Jazda na rowerze
W najśmielszych przypuszczeniach nie spodziewałbym się tak wspaniałej, rowerowej, pogodnej niedzieli. Umówiłem się na wspólne pedałowanie z ludziem ;). Ludź powoli łapie temat deptania po pedałach i wymyślił spotkanie z koleżanką z liceum w Ustroniu. Zostałem tym samym wprowadzony w stan małego szoku, ponieważ to ja byłem dotychczas odpowiedzialny za planowanie wypadów. Odpowiedź na owe plany zawsze była jednakowa i bardzo leniwa: "Ja się dostosuję" :). Zamierzałem jednak coś zrobić na rowerze w górach więc przed wycieczkowym tripem do Ustronia (start ok. 10:30) wyjechałem w Javorovy celem kontroli jak tam się mają te moje dwa świetne, niedawno odkryte single. Pobudka o 6 (jeszcze 4 godziny wcześniej, przed zmianą czasu byłaby to piąta). Patrzę na termometr: 0 stopni. Że niby jeszcze kurtka? Wyjścia nie było. Wyjazd o 7 z kompletną niechęcią. Po Czechach przez Nebory do Gutów. Niebieskim na górę. Po singlu :). Noga trochę zamulona ale dawała jako - tako radę. Awaria z tym singlem (w pozytywie). Wszystko wyjezdne prócz końcówki. To znaczy akurat mnie brakło. Jakieś 5 metrów po zakręcie
Javorovy jak to Javorovy. Dla Bielszczan odpowiednikiem jest Szyndzielnia, Dębowiec czy Magurka. Dla ludzi z Andrychowa Leskowiec. A Javorovy to taka przyjemna górka w pobliżu Cieszyna. Do zdobycia przeróżnymi wariantami. Dobre miejsce do ćwiczenia techniki. Mowa tu zarówno o tym singlu, zielonym z Gutskiego Siodła czy zielonym wzdłuż wyciągu.
W stronę Cieszyna.
W stronę polskich gór...
Wieża.
Ktoś tu chyba wyłożył dywan. 1000m n.p.m. Może wystarczyłby trekking? ;)
Znajdź kamień.
Zaczynamy zabawę :). 100m w lewo po wbiciu na żółty szlak od strony szczytu Javorovego.
Singiel, tak jak pisał Andrzej (dzięki) jest z początku mocno ściągający w dół (prowadzi po stromym trawersie). Ogólnie jest bajeczny. Wymaga dobrego balansu ciała. Daje mocne wrażenia. Trzeba uważać. Miejscami jest gorąco! Zjeżdżałem co prawda jak pokraka, ale się poprawię :).
Powrót do Cieszyna przez Gutskie Siodło, Rzekę, Smilovice. Obrócone na spokojnie, bez specjalnej spiny brutto w 2h40min. Szybka organizacja, bo jedziemy do Ustronia! Wziąłem górską szosę (Kellysa) i jedziemy luzacko w kierunku celu jak najwięcej bokami. Ludziowi się chyba spodobało, bo ambicja pedalingu momentami mnie zadziwiała.
Co do mojej jazdy. Mój Kellys nie trzyma się do końca "kupy". Coś trzeszczy w suporcie ISOFlow, coś huczy z bębenka. Blaty w korbie trochę powyginane... Takie pierdoły. W stronę Ustronia zaniepokoiła mnie momentami pewna skłonność napędu do luzu podczas pedałowania. Pół obrotu korby bez efektu (jak przy pedałowaniu do tyłu). Coś się zaczęło dziać. Ale jedziemy dalej. Do Ustronia przez Kozakowice, Bładnice. Spotkanie z koleżanką, wzdłuż wałów Wisły... Po czasie kompletnie niespodziewane spotkanie z kolegą (też z liceum z klasy) i jego żoną. Następnie posiedzenie przy kawie. Było bardzo fajnie i miło. Powrót z koleżanką do miejsca pierwszego spotkania. Czas brać się do Cieszyna. Ludź marudził mi, że nie jest "sponiewierany" więc na szybko wpadł mi do głowy Chełm (taka kretowina). Nic z tego nie wyszło. Sytuacja stawała się coraz bardziej wesoła, gdy już nie pół a kilka obrotów korbą czyniło rower urządzeniem napędzanym zależnie od siły w nogach. Potem było ich kilkanaście aż w końcu dwa koła stanęły mi rozpaczliwie na środku drogi w Bładnicach i zawołały jak gdyby z radością i pełną drwiną "Ty już dalej nami nie pojedziesz!". Czy do przodu, czy do tyłu - korba kręciła się jednakowo :). Z początku chciałem przemieszczać się jak na hulajnodze, ale tryb ten na dłuższą metę był dla mnie stanowczo niewygodny. Gdybym był sam, miałbym problem. Postanowiłem dokonać zmiany w hierarchii i awansowałem ludzia na kierownika mojego wspaniałego, choć zdefektowanego pojazdu. Sam siebie zdegradowałem do poziomu starego, kiczowatego Superiora. Rolą kierownika było utrzymywanie pozycji pionowej połączonej z trzymaniem jedną ręką paska od mojego plecaka (standardowa procedura holownicza). Kozłem ofiarnym byłem ja czyli motor napędowy tego połowicznie zaangażowanego w przemieszczanie się tandemu ;). Ujechaliśmy niewiele i zaczęły się jęki. Moje na podjazdach i kierownika sterującego. Że niby za wolno, że czemu tak puchnę, że kierownik nie ma sponiewierki i się nudzi. Było tego tak dużo, że nie jestem w stanie wygrzebać z mózgu innych wyżaleń. I weź tu zrób człowiekowi dobrze. Wiatr we włosach, jazda za friko a ta jeszcze marudzi ;). Mało tego! Kierownik oprócz żali wyrażał niesamowitą dumę z tego, że gdyby nie on (ona) to bym sobie nie poradził! Brakowało tylko trójkąta ostrzegawczego na plecach i liny holowniczej, o której ostatnio myślałem. Kierownik stawał się tak bezczelnie złośliwy, że zaczął mnie w dalszej fazie perfidnie wykorzystywać. Z pełną premedytacją, przed zjazdami odpychał się od moich plecakowych pasków z dumnym uśmiechem na twarzy. Trwało to do najbliżyszch podjazdów gdy rozpaczliwie szukał punktu ponownego, rozpaczliwego zaczepienia się... Dojechaliśmy do Cieszyna szczęśliwie. W zasadzie powinienem tu dołożyć trochę kilometrów, bo częściowo pedaliłem za dwóch :).
A tak bardziej poważnie... Było po prostu skrajnie zabawnie :). Bółe brzucha od śmiechu z powodu złośliwych tekstów z obu stron. Tego się absolutnie nie da opisać! Kompletnie bym się nie spodziewał, że wybitnie luźna wycieczka rowerowa może obrócić się w tak nieoczekiwany splot zdarzeń. Awaria rowera doprowadziła mnie do smiechowego stanu agonalnego. Totalnie spontaniczne sytuacje są zdecydowanie najlepsze. O cholera. Nie mam po prostu słów. Jedynie co mogę napisać to DZIĘKUJĘ!!! ;-)
Girova z bonusem "pjur emtebe"
-
DST
123.00km
-
Teren
40.00km
-
Czas
07:22
-
VAVG
16.70km/h
-
Temperatura
10.0°C
-
Podjazdy
1934m
-
Sprzęt Merida Matts TFS 500-D
-
Aktywność Jazda na rowerze
Sobota. Nadrabiamy z bbRiderZ zaległości z zeszłego tygodnia. Cel: Girova. Zaproponowana trasa przez Kubalonkę, Istebną, Pisek powodowała u mnie zawroty głowy z powodu swej "bylejakości". Nawet dołożenie Filipki było jakieś takie nijakie. Z racji przebywania w Istebnej zaproponowałem aby objechać dodatkowo część trasy maratonu MTB z roku 2013. Zbiórka o 8 w Ustroniu. Skład wybitnie okrojony. Marzena, Grzegorz... (tutaj miejsce dla tych, których nie było!). Początkowo mgliście, chłodno. Im bliżej Wisły tym coraz piękniej! Szłapy trochę wychłodziło, ale na podjeździe koło Zameczku się zagrzały. Poszło jak po maśle. To był dobry prognostyk na cały dzień. Jechało mi się jak nigdy :).
Marzena kręci pod górę ;).
Krótki przestój z rozbieraniem się i jadymy dalej, "bo dzień jest krótki".
W stronę Stecówki asfaltem już chyba nie pojadę ;). Nieco niżej jest czerwony szlak, który ostatnio przemierzałem z buta. Nieco mokrawy i tym samym w sporej części jednak "przeprowadzalny". Z drugiej strony, pozostałymi fragmentami wręcz zachwyca. W naszym przypadku skończyło się na: moim utopieniu w bajorze przedniego koła i przewróceniu się przez kierownicę przy minimalnej prędkości (dłonie z nadgarstkami wylądowały w błocie) - śmiechu po pachy; utopieniu przedniego koła w błocie po piastę (!!!!) u Grzegorza wraz z błotnym SPA biodra - tu chyba posypały się pozytywne przekleństwa; Marzena przetrwała próbę dzielnie - chyba bez skutków ubocznych i z uśmiechem na twarzy. Jak zwykle. My z Grzegorzem mieliśmy do wypucowania ubłotnione tarcze hamulcowe :). Dotarliśmy na Stecówkę i chwila na krótkie jedzenie. W momencie napatoczył się darmozjad który chciał wysępić żarcie. Ni cholera nie dam ci! Ale wytarmosić w powietrzu to ja mogę.
Dalej trasą MTB, po agrafkach, wielkich kamieniach, po których Marzena jeszcze "nigdy nie jechała" (nie ma na zdjęciu).
Przejechali i jadą dalej..
Dziołcha jest dzielna i walczy! Widać, że niby łatwo, ale naprawdę jest powód aby dusić w pedały!
Dojeżdżamy na Karolówkę. Grzegorz robi fotę mojej mor..., twarzy. Ale jestem zajebisty.
Ten model nie ma ze mną szans. Nawet jak mu rower dęba stanie.
Marzen zaliczyla upadek w kierunku Gańczorki i Tynioka. Łokieć strzaskany, ale kości widać nie było. Jedzie dalej. Nie dzwonimy jednak po GOPR .
Pod Gańczorką na niebieskim.
Tyniok. Mieliśmy jechać jeszcze na Ochodzitą ale odpuściliśmy. Że po asfalcie? Niiiima takiyj opcji.
Marzena i jej wspomnienia z dzieciństwa...
Zjechaliśmy terenem do Istebnej. Z Istebnej do Pisku bokiem wzdłuż Olzy. Dalej conieco po łąkach i polną drogą. Z Pisku czerwonym na Girovą. Przyjemnie. Początek po wąskich, poprzecznych płytach. Dalej szutrem. Końcówka części "wyjezdnej" przed Komorowskim Groniem
Na Komorovski Gruń na około szutrówkami, bo czerwonym ni cholera jechać się nie da.
Poczekalnia po ambitnym fragmencie dalszej części czerwonego. Jaki ja jestem piękny... A i noga podaje. Wniebowzięcie Marka.
Końcówka czerwonego lansuje i przepełnia mózg niezmierzalną ilością euforii i szczęścia. Marzena coś o tym wie... Kto nie widział ten nie wie o czym tu piszę :). Nawet mnie się udzieliło. Szok!
Tutaj widać conieco szczęścia :).
Na Girovej mała siesta. Kofola musiała być. Klimat umilało wycie, to znaczy pianie koguta. Oj co to był za agent. Rozbawił nas do łez :). Jest na końcówce filmu: https://www.youtube.com/watch?v=itJCq-HoxKA&featur...
Decyzja zjazdu do Jabłonkowa najpierw szlakiem czerwonym potem niebieskim. Przy starym kamieniołomie.
Na dole :). Sralpe Polska na facebooku też się o nas dowiedziało :).
Z Mostów przecięliśmy szutrówką narciarskie trasy zjazdowe. Z Jabłonkowa do Bystrzycy i w górę na Budzin. Tam pożegnanie. Po drodze do Cieszyna nie odpuściłem świetnego czarnego szlaku pod Tułem w stronę kamieniołomu w Lesznej. W Puńcowie odbiłem w stronę Kojkovic i dalej do domu m.in. po takiej ścieżce wzdłuż granicy :). Miodzio.
Super trip. Dziękuję uczestnikom za udział! Było czadowo. Jak zawsze!
Trzy Kopce, pod Grabową, Stary Groń
-
DST
95.00km
-
Teren
25.00km
-
Czas
05:27
-
VAVG
17.43km/h
-
Podjazdy
1278m
-
Sprzęt Merida Matts TFS 500-D
-
Aktywność Jazda na rowerze
Na niedzielę zaplanowany został trip z bbRiderZ na Girovą i Filipkę przez Kubalonkę i Istebną. Niepewna pogoda zmusiła nas do korekty trasy (jak się potem okazało - niekoniecznej, bo w sumie prawie nie padało). O zmianie planów dowiedziałem się od dzwoniącej Marzeny gdy byłem w drodze do Ustronia (w Cisownicy). Zbiórka na rondzie w Górkach. Po spotkaniu pojechaliśmy na Trzy Kopce z doliny Leśnicy szlakiem koloru zielonego. Początkowo po płytach, potem fajnie, w terenie. Marzen w akcji:
Grzegorz na poniższej polanie skutecznie wypłoszył zające:
Gruppen foto:
Na Trzech Kopcach chwila na jedzenie i modyfikacje kopyta tzn. położenia bloków ;). Były też koty - sępy. Jednego trochę przydeptałem.
Z Trzech Kopców w stronę Grabowej. Miodzio :).
Po czasie Grzegorz ponawigował swoim GPSem w głowie tak, że jechaliśmy kompletnie bez szlaku bo świetnych terenach (również z singlami). Taki mini - wyryp :). Po drodze Maciek na dobiciu uszkodził oponę. Zostałem przez to wtajemniczony w kwestię bezdętkowych laczy i mleczka uszczelniającego, które się w nie wlewa. Pomijam świetny efekt gejzeru owego mleczka z opony, która była nieco zbyt mocno dziurawa :). Grześ wypatruje Marzenę (strasznie po niej jechał - motywująco :) ).
Jedzie:
Ze Starego Gronia zjazd w dół do Hołcyny również bez szlaku z przejazdem przez bajoro :). Potem heble się zagrzały.
Na dole.
Potem jechaliśmy wzdłuż wałów Brennicy do Górek Małych i przy rondzie nastąpiło pożegnanie. W drodze powrotnej przejechałem się przez Goleszów koło skoczni i zbiornika wodnego Ton. Skusił mnie jedn singiel i w niego wjechałem. Całkiem fajny, lecz z pewnością w drugą stronę :). Następnie była tabliczka "kamieniołom" i się skusiłem.
A to co było potem - przeklinałem. Strome zjazdy, podejścia (kiepy!). Następnie chaszcze, zarośnięte ścieżki... Wylądowałem ostatecznie przy skoczniach. Wbiłem się na niezłą "minę". Jeszcze przelot po Dzięgielowskich lasach i do domu po wilgotnym asfalcie. Jak zwykle udany trip. Pomimo, że nie udało się zrealizować planów było warto!
Towarzysko i górsko :).
-
DST
122.00km
-
Teren
30.00km
-
Czas
07:45
-
VAVG
15.74km/h
-
Podjazdy
2245m
-
Sprzęt Merida Matts TFS 500-D
-
Aktywność Jazda na rowerze
Ostatnio nie mam w ogóle czasu na jeżdżenie. Częste wyjazdy, dużo roboty... Dodatkowo chodziłem sporo po górach z fajną ekipą (conieco kosztem rowerowania). Dzisiaj, w tak piękną, sobotnią pogodę wyrwałem jednego ludzia :) na rower aby owy ludź mógł załapać nieco klimatu rowera (odpalony mój stary Superior ze zmienionym napędem). Chłopaki z Cieszyna pojechali w góry a my po dolinkach: Ligotka Kameralna i Rzeka. Świetnie spędzony czas (dziękuję). Powrót o 14. Miałem stanowczo za mało. Po 15 minutach wyrwałem z kąta białą strzałę (Meridę) po zimowym okresie "wegetacji" (na jej miejscu był Kellys). Amor po serwisie, reszta zrobiona własnymi "ręcami" :). Piasty i inne pierdoły. Zjadłem conieco i w drogę. Cel niezbyt oryginalny: Czantoria. Wsiadam na rower, zaczynam jechać... No ja. Całkiem inna bajka! Do Kojkovic nie asfaltem a terenem (alfalt to zło czasem konieczne) wzdłuż granicy, gdzie ostatnio biegałem. Rewela! Czantoria a tle:
Z przejścia granicznego koło Budzina na czerwony i do góry! Prawie wszystko wyjezdne. Pomijając w sumie jakieś kilkadziesiąt metrów. Miejscami bardzo pryjemnie:
Dalej towarzystwo dwóch kolarzy. Nie doszedłem ich co prawda (było blisko), ale czuli presję ;). Hehe ;). Jak tylko stanąłem na krótkie zdjęcie to widziałem, że przystawali:).
Na górze. Podjazd daje w dupę :).
To już jest nudne...
Na szczycie myślałem czy jechać na Małą Czantorię ale żółty szlak spod Stożka w kierunku Filipki kusił mnie niemiłosiernie. No to dawaj po klasyku Beskidu Śląskiego. Stroma kiepa z kamerdolnią przejechana (zjechana) z kilkusekundowym postojem. Całość jak zwykle wyniszczyła mi mózg (pozytywnie!).
Na szlaku w stronę Soszowa.
Tu mi jeszcze coś nie wyszło...
Ale tu już coś widać:
Soszów odpłynął. Nie przepadam za tym ośrodkiem ale w tym roku tam jeździłem. Bo było za friko! Hehe. Nie znoszę tej komercji i cwaniactwa! TFU! Stożek wymiata pod względem "kultowości" i normalności.
Na Soszowie. Po prawej Stożek.
Pod Stożek oczywiście kawałek z buta i na żółty. Co za rozkosz! Singiel (z początku do góry) jak się patrzy!!!
Tutaj dalsza część awarii mózgu. Szaaaał!.
Spod Stożka na Filipkę:
Z Filipki zielonym w dół. Na półmroku pod Budzin i do domu. Bardzo fajnie spędzony dzień! Oby więcej takich! Sezon rozpoczęty z pełną bombą przy niesamowitej przyjemności z jazdy po górach. To ja lubię!
Użyte rowery: dwa. Ale z racji, że Merida zniosła większą wyrypę to ten rower został umieszczony we wpisie...
Deszczowo i wietrznie: Loućka, pod Kałużny.
-
DST
73.00km
-
Teren
10.00km
-
Czas
04:16
-
VAVG
17.11km/h
-
Podjazdy
1646m
-
Sprzęt Górska szosa
-
Aktywność Jazda na rowerze
Trudno mi opisać tą moją niedzielną aktywność na rowerze w deszczu i przy porywistym wietrze. Nie mogłem usiedzieć w domu a pogoda była paskudna. Po południu wyjechałem sprawdzić podjazd na Loućke. Pisał ostatnio o nim Daniel (tutaj). Pomimo ogólnie pojętej wilgoci jechało się fajnie.
Prawie Puńców. Z tyłu po lewej Czantorie.
Początek fajny... Tak jak wyczytałem w relacji. Potem większa kiepa. Oj... szybko sprowadziła mnie do młynka.
Na górze przogromny wiatr. Totalne wydmuchowisko!
Z Loućki zjechałem na Filipkę i dalej żółtym do Jabłonkowa. Fajnie się tam śmiga. Szczególnie w deszczu i na łysych oponach :). 
To byłaby końcówka jako-takiej jazdy. Miałem jechać do domu ale moja chora ambicja nakazywała podjechać pod coś jeszcze. Z Jabłonkowa do Kosarzysk zostałem tak okrutnie sponiewierany wiatrem i pagórkami, że kompletnie odcięło mi dopływ paliwa. W żołądku pustki. Ze sobą nic nie zabrałem. Z Kosarzysk toczenie się (dosłownie) na przełęcz między Ostrym a Kałużnym. Dalej... szczerze? Niewiele pamiętam. Nigdy, absolutnie jeszcze nigdy tak źle mi się nie jechało. Było mi słabo a w pysk wiał huragan. Z Tyry do Trzyńca w dobrych warunkach popinkala się 30-35km/h bez wysiłku (w dół). Ja tam nie mogłem przekroczyć 20km/h z pełnymi "siłami" wkładanymi w pedały. Do zapomnienia!!!! Klapa na całej linii. Przy pucowaniu roweru zorientowałem się, że tylne klocki na tripie utraciły połowę swej grubości. Niedawno włożyłem nowe. Szok!


