Marek87 prowadzi tutaj blog rowerowy

Duża i Mała Czantoria + takie tam

  • DST 51.00km
  • Teren 25.00km
  • Czas 03:38
  • VAVG 14.04km/h
  • Podjazdy 1246m
  • Sprzęt Merida Matts TFS 500-D
  • Aktywność Jazda na rowerze
Piątek, 1 listopada 2013 | dodano: 01.11.2013

W środę późnym wróciłem wieczorem z Włoch i niemal od razu wziąłem się za porządne pucowanie roweru (trwające do zaawansowanych godzin nocnych). Demontaż przerzutek i korby. Nafta i dokładne mycie wszystkiego. Pogoda następnego dnia cudowna. A że miałem wolne to poskładałem wszystko do kupy i po południu pojechałem na Dużą i Małą Czantorię. Na Czantorię czerwonym szlakiem z przejścia turystycznego Gora.

Początek trochę mokry (nie widać):

Potem perfekcyjnie:

Jedyny fragment delikatnie w dół:

Dotarłem do klasycznej krzyżówki czerwonego i szutrówy od Nydka. W tle Barania Góra:

Czantoria szczyt:

Zjechałem w dół do górnej stacji kolejki. Turystów żadnych nie było. Armatki czekają na zimę. Z tyłu Równica a po prawej Błatnia i inne pagórki.

Z powrotem na szczyt technicznie do góry. Fajnie. Z Dużej Czantorii na Małą szlakiem koloru czarnego. Ehh ta jesień... Poezja.

Na Poniwcu wybudowali czteroosobową kanapę. To już zdaje się piąty wyciąg krzesełkowy w Ustroniu i Wiśle (nie licząc wyciągu na Czantorię), który powstał w ostatnim czasie.

Bliżej:

Trzymałem czarnego szlaku, choć zgubiłem go na zjeździe. A to dlatego, że skupiałem uwagę na tym co może kryć się pod liściami. Na Budzinie wjechałem w niego znowu i spod Tułu pojechałem nim w stronę Goleszowa. Świetnie. Trochę po lesie i do domu.

Kilometrów mało, całkiem dużo terenu co mi akurat nie przeszkadza. Trochę trwało zanim się rozkręciłem ale z każdym kilometrem coraz lepiej jechało moje wozidło ;).



Sponiewierka na trasie mega maratonu w Istebnej

  • DST 129.00km
  • Teren 45.00km
  • Czas 08:02
  • VAVG 16.06km/h
  • Podjazdy 2450m
  • Sprzęt Merida Matts TFS 500-D
  • Aktywność Jazda na rowerze
Piątek, 25 października 2013 | dodano: 25.10.2013

Kuba z Andrychowa i Tomek z Bielska Białej niedawno temu brali udział w maratonie MTB w Istebnej u Golonki. W moim czerepie rodzą się często ambitne plany dlatego wpadłem na pomysł aby potłuc się po wyznaczonej trasie tegoż maratonu. Z relacji Kuby zerżnąłem ślad przejechanej przez niego trasy giga (Tomek jechał mega) z chęcią powtórzenia tego czynu. Zarzuciłem od razu ślad na Garmina. Piątek jako jedyny dzień w całym tygodniu okazał się być wolny, pogoda super (choć dzień wcześniej padało) więc jadę. Doświadczenie z ostatniej trasy mega maratonu w Wiśle nauczyło mnie, że będzie sieczka. Wyjazd o 7 (o świcie) z domu. Do Istebnej po pagórkowatym terenie przez Kojkovice, Bystrzycę, Pisek (ok. 40km). O 9 jadę już po trasie. Na początku asfalt do góry, potem teren. Ujechałem trochę terenem (wybornie), patrzę na wyświetlacz - przestrzeliłem skręt. Myślę, gdzie on kurka był? Wracam i weryfikuję leśną ścieżkę w dół. Ślisko, moje opony bez bieżnika nic a nic nie trzymają.
Na zjeździe w dół. Po lewej Ochodzita przez którą prowadziła trasa. Ale gdzie tam do niej...

Przestrzelenia zdarzyły się jeszcze dwa razy ale w miarę szybko się zorientowałem (byłem pełen podziwu z urozmaicenia trasy). A ta - jak to w maratonie - bezlitosna. Jak w Wiśle. Znowu góra-dół-góra-dół i tak w kółko.
Wyjazd na Stecówkę przez to skomplikowany. Straciłem orientację ale się odnalazłem jak byłem na górze. Zjadłem drożdżówkę. Dalej w stronę Karolówki z jednym zadziwiającym odbiciem w bok po drodze (idealny singiel). Potem esy floresy na górę po mniej więcej takim szlaku.


Z Karolówki w dół niebieskim szlakiem przez Tyniok. Fajnie się jechało. Jeden z ciekawszych moim zdaniem odncinków.

Ochodzita juz Bliżej a Jaworzynka we mgłach.

Z dołu ostro płytami pod górę w stronę Ochodzitej. Na odcinku kilkudziesięciu metrów jest taka drapa, że głowa mała. Nie znam w okolicy większej. Podjazd na Karkoszczonkę ze Szczyrku jest względny ale to? Prowadziłem kawałek. Wlot na DW 942 i na wzniesieniu płytami na szczyt Ochodzitej. Było ok.
Ochodzita:

Mała Fatra i Wielki Rozsutec:

Było też widać zarysy Tatr i wieeeele szczytów w tym Łysą Górę. Z Ochodzitej nerwowo w dół. Dojeżdżając szutrówą do asfaltu lokalnej drogi Jaworzynka - Laliki zrywam łańcuch na sworzniu. 10 min i jadę dalej. Większe bagno, sporo błota. Po mniejszych i większych bólach (rozorane, błotniste szlaki) docieram na stronę słowacką a tam jazda szczytami po łąkach. Fajnie.

W dół do wioski Cierne - okolice trójstyku PL/Cz/SK.

Z trójstyku do Hrcavy kiepa asfaltem w górę (po drodze jedzenie) i w stronę Bukowca. Przez przejście graniczne i zaś do góry. Potem w dół, znowu do góry i wbiłem na drogę wzdłuż Olzy skąd przyjechałem. Miałem w planach jeszcze zrobić giga (podjazd pod Stożek i po czeskiej stronie czerownym szlakiem) ale już bym chyba wykorkował. Poza tym rower by chyba tego nie wytrzymał. Pełno błota i trzaski z suportu. Z tylnej piasty dochodziły równie niepokojące dźwięki. Zaczynam się przyzwyczajać, że każda moja jazda na rowerze kończy się kompletnym pucowaniem napędu i całego roweru. Tym razem trzeba się będzie dłużej pobawić, bo obie przerzutki idą "out" do porządnego mycia. Korbę trzeba zdjąć, bo suport pewnie umarł. Ale to w przyszłym tygoniu, bo teraz czas na kolejny zryty weekend we Włoszech...
Trasa na bikemap ma tradycyjnie zaniżone przewyższenie (to, co wpisuję pochodzi z Garmina). Poza tym wykres wysokości nie oddaje w pełni tego, co jest faktycznie na trasie. Te wzniesienia wyglądają niepozornie ale w rzeczywistości w terenie są jedną wielką wyrypą. Zarżnąłem się porządnie.


AHA! Jeszcze jedno. W drodze powrotnej w Bystrzycy cholernie chciało mi się spać. Jak stanąłem przy sklepie to nogi mi telepotały jak galareta. Kupiłem kofolę i margota. Całkiem inna jazda. A Czesi wzdłuż torów realizują brakujące odcinki ścieżki rowerowej. Między Bystrzycą a Wędrynią zamiast odcinka po wydeptanej trawie usypali szuter (gdy jechałem w do Istebnej to walcowali) a dalej - w Wędryni zamiast średniawej jazdy po czymś takim (nie widać ale na całej długości było garby - bardzo nierówno):

zrobili równiuteńki asfalt. Trzeba przyklasnąć!



Mokry Chełm i Tuł

  • DST 63.00km
  • Teren 10.00km
  • Czas 03:26
  • VAVG 18.35km/h
  • Podjazdy 1073m
  • Sprzęt Merida Matts TFS 500-D
  • Aktywność Jazda na rowerze
Piątek, 18 października 2013 | dodano: 18.10.2013

Pogoda bardzo niepewna, ciemne chmury. Do Łączki na działkę z jedną przesyłką w plecaku przez Goleszów i Chełm. Chełm nazywany jest górą, chociaż trochę mu brakuje, bo ma... 460m n.p.m. Zanim wyjechałem na to wzniesienie pokręciłem się trochę po dzięgielowskim lesie. Nie wjechałbym w niego gdyby nie jedna kusząca ścieżka spostrzeżona z asfaltowej drogi. Mokro, grząsko, ślisko jak cholera. Za to sporo ciekawych singli. Pod część wzniesień nie dałem rady wyjechać z powodu braku przyczepności. Dziwne to, bo przecież moje opony mają jeszcze sporo bieżnika ;):

Gdzieś w buszu na dziko. Średnia spadła z 26km/h na 17km/h:

Pojechałem do Goleszowa. Chełm w oddali:

Asfaltowy podjazd pod Chełm jeszcze się zaczął a już się skończył. Na górze:

Widok na Kisielów i inne wioski.

Z Chełmu do Łączki ponownie po lesie szukając singli ale nie było żadnego. Za to trasy ujeżdżane przez motory crossowe. Zjechałem asfaltem bo innego wariantu nie znalazłem. Z Łączki przez Ogrodzoną, Bażanowice do Dzięgielowa i w stronę Tułu. Pod Tułem był chyba niedawno jakiś maraton... na raty? łot de fak?

Restauracja Pod Tułem:

Spod Tułu wbiłem na czarny w stronę Małej Czantorii ale było pełne bagno. Nawet nie dało się iść. Zawróciłem i pojechałem koło kamieniołomu

na Budzin. Po drodze mi dolało. Gdzie ta złota jesień? Będzie jutro i pojutrze (sobota i niedziela). Ale MNIE NIE BĘDZIE, dlatego muszę jeździć w deszczu.

Bliżej Budzina rozpadało się na dobre.

Na podjeździe zaczął lecieć jakiś biały syf z góry. Dotarłem mokry.

Pojechałem w stronę przejście turystycznego i nieco dalej popatrzyć jak wygląda czerwony szlak na Czantorię. Kiszka. Pełno błota. Do domu przez Leszną i Kojkovice. Szału pogodowego nie było ale nie miałem wyjścia przed czwartym już z rzędu zajętym weekendem... we Włoszech ;(.



Mały Javorovy

  • DST 50.00km
  • Teren 10.00km
  • Czas 02:50
  • VAVG 17.65km/h
  • Podjazdy 800m
  • Sprzęt Merida Matts TFS 500-D
  • Aktywność Jazda na rowerze
Czwartek, 10 października 2013 | dodano: 10.10.2013

Dla polepszenia humoru i poruszania się dla zdrowia klasyczny, czwartkowy Mały Javorovy z Waldkiem (odreagowanie przed trasą do Włoch na weekend). Piękne jesienne kolory, wpaniała pogoda, aż chce się kręcić. O wiele lepsza jazda niż na Superiorze. Podjazd od Gutów/Oldrzychowic najpierw szutrówą potem zielonym (idealny, techniczny szlak). Zjazd z góry po niebieskiej trasie narciarskiej, potem zielonym do trawersu i dalej leśną ścieżką do Gutów. Z Gutów do Cieszyna przez Trzyniec i Kojkovice. Dzięki Waldek za zdjęcia i ślad.

Przy źródełku:

Na górze:



Po włoskich górach...

  • DST 128.00km
  • Teren 40.00km
  • Czas 07:45
  • VAVG 16.52km/h
  • Podjazdy 2720m
  • Sprzęt Superior
  • Aktywność Jazda na rowerze
Niedziela, 6 października 2013 | dodano: 09.10.2013

Taka wspaniała, pogodna jasień a ja nie mam czasu na jeżdżenie na rowerze ;(. Weekend we Włoszech w Figline Valdarno niedaleko Florencji z obowiązkowym 45-godzinnym „wypoczynkiem”. Moja srebrna, zbyt mała, trochę cieżkawa rakieta czeskiej produkcji (rama Superior) z 6-rzędownym wolnobiegiem, widelcem SR Suntour za niecałe 200zł, z najprostszymi przerzutkami, najstarszymi na świecie menatkami shimano ALE z przekręconymi z meridy pedałami SPD (!) cierpliwie spoczywała na naczepie. W sobotę padało. W niedzielę początek dnia był niepewny, choć z wyraźnymi przejaśnieniami. O 9 pojechałem we wcześniej wyklikanego tripa w góry (na mapie na kompie widziałem całkiem nieźle wyglądające drogi prowadzące na wysokość 1450m n.p.m). Temperatura ok 17 st.C. Plan zakładał przejazd na drugą stronę gór do doliny, ponowny wjazd na górę i powrót. Start ku mojemu wielkiemu zdziwieniu po odpaleniu Garmina tylko z wysokości 120 m.n.p.m. z hakiem. Jak się okazało w okolicznych włoskich górach nie ma jakichś specjalnych wyrypów, stromych podjazdów. Widać to zresztą na profilu...

Za to cholernie się to wszystko ciągnie po tych całych Apeninach. Pierwszy wyjazd do góry trochę mokry, ale potem baaardzo fajny z takimi widokami...



Ośrodek turystyczno-wypoczynkowy w okolicach Saltino i Vallombrosa na wys. ok. 1000m n.p.m).

Potem wybornie w lesie aż na samą górę trochę węższym asfaltem. Początek podjazdu z Vallombrossa.

Po drodze:

Na górze, po blisko 25-kilometrowym podjeździe. Ok. 1450m n.p.m. O nie nie. Tam nie ma na tej wysokości kosodrzewiny! Mało tego! Ciężko znaleźć jakiegoś iglaka!

Jakaś tablica upamiętniająca coś z Niemcami... Nie wiem. Ja po włosku no capito...

W tą dolinę jadę a za nią kolejne góry. Gdzieś tam z tyłu daleko jest Adriatyk.

Drogi otwarte dla osobówek i chętnie ujeżdżane przez Makaronów. Sporo turystów chodzących po szczytowych szlakach z koszykami (na grzyby?). Na górze asfalt zmienił się w szeroooką drogę gruntową, którą nieco mniej intensywnie ale nadal jeździły osobówki tłukąc swoje zawieszenia (choć całkiem dobre te drogi).

Są i widoczne z autostrady A1 (autostrada słońca "autostrade del sole" Mediolan-Rzym) wiatraki. A krowy? Ani łańcucha ani nic... nigdzie nie pójdą przecież z 1450 metrów n.p.m.


Z tego co zauważyłem, drogi gruntowe w tych górach zaczynają się/kończą na wys. ok 980m.

Dalej pojechałem w dół w stronę Bibbiena (miałem tam ostatnio rozładunek). Już na dole przejeżdżałem przez wioskę Poppi a tam na znaku „Castello di Poppi” czyli mamy gdzieś zamek. Był akurat po drodze. Po chwili na wzgórzu pojawił się skurczybyk.

Centrum Poppi:

Czyż na tym zdjęciu nie widać, że ten mój pomykacz jest dla mnie za mały? Pozioma górna rura ramy trochę nad kolanem...

No i castello:


Pojechałem dalej do góry z przeświadczeniem, że muszę się wydrapać z 340m n.p.m. na ok. 900m n.p.m (z tego co kojarzyłem na kompie).
Widok z wyższej perspektywy na zamek i okolice Poppi/Bibbieny:

Jadę do góry asfaltem do ok 700m i postój na coś do jedzienia. Ruszam dalej... 900m wywala Garmin a tu dalej pod górę... 1000, 1100, 1200, 1300, no żesz kurka wodna (mać)... ;) Złapałem takiego doła, że musiałem zrobić kilka króciutkich postojów przy tablicach informacyjnych/mapach podczas tego podjazdu (celem urozmaicenia tej cholernej gruntowej, dłużącej się drogi. Osiągnąłem 1450m i to okazało się przełęczą... Uf. Widok w stronę doliny z której zaczynałem czyli Figline Valdarno i inne wioski:

Dosyć mocno wiało. Przez szczyty przetaczały się chmury:

Zjazd w dół drogą uczęszczaną przez samochody. Z kilkoma się minąłem (m.in.Subaru Impreza,BMW serii 5...


Widok z dołu na góry z których przyjechałem:


Dotarłem do celu/startu tripu pod wieczór. Taki też był plan tego turystycznego tripu. Uratowałem tym samym moją psychikę przez totalnym paraliżem spowodowanym siedzeniem w aucie przez cały dzień. Trochę ucierpiały moje plecy/szyja z powodu zdecydowanie zbyt małego roweru. Sama jazda na maksa ostrożna. Głupio byłoby coś narobić w górach kilkadziesiąt kilometrów od samochodu. Ani po nikogo zadzwonić więc ostrozności w tych przypadkach nigdy za wiele. Tyłek ruszony i wiem już mniej więcej co siedzi w tych włoskich górkach ;).
WIĘCEJ ZDJĘĆ TUTAJ: ZDJĘCIA



Lipi, Travny, Bily Kriż, Slavić...

  • DST 96.00km
  • Teren 50.00km
  • Czas 06:48
  • VAVG 14.12km/h
  • Podjazdy 2296m
  • Sprzęt Merida Matts TFS 500-D
  • Aktywność Jazda na rowerze
Niedziela, 22 września 2013 | dodano: 23.09.2013

Już niemal tradycją stał się powrót z Włoch o północy w niedzielę. W czasie wracania do kraju na słowackim radiu mówili o mgłach w dolinach w okolicach gór Kysuckich (od Kysuckiego Nowego Miasta na Słowacji koło Żyliny). Zacząłem rozmyślać o wschodzie słońca na Łysej Górze (w połączeniu z późniejszą całodniową ambitniejszą wyrypą po górach). W miarę zbliżania się do kraju pogoda się jednak zepsuła. W Trzyńcu późnym wieczorem zero widoków na wieżę Javorovego. Nie widziało mi się powtórzenie rozrywki z zeszłego roku. Ponadto kilka ostatnich zerwanych nocek bez pełnego odespania w ciągu dnia zmusiły mnie jednak do pójścia w kimono. Niedziela dzień święty, również dla rowera, a więc po 9 ruszyłem w góry. Cel Travny czyli nieco mniejszy brat Łysej Góry. Wstyd się przyznać ale jeszcze na nim nie byłem. Górka ma 1203m n.p.m. Żeby nie było za łatwo i aby natłuc jednak trochę metrów w pionie zaliczyłem chatę Kotaż z wcześniejszym nieplanowanym wdrapaniem się na dziko na szczyt Lipi (ok.900m n.p.m). O tym co „wyprawiałem” na w miarę łagodnym trawersie (z ostrzejszą końcówką na dziko) pragnę jak najszybciej zapomnieć. Totalny brak wszystkiego: chęci, siły… Czułem się jakbym po półrocznej przerwie wsiadł na rower. Na zmianę ciepło/zimno, dreszcze, duża wilgotność powietrza. Naprawdę trudno mi znaleźć przyczynę takiego stanu rzeczy. Zjadłem przecież na śniadanie całkiem duży talerz płatków owsianych. W akcie rozpaczy kręciłem kołami czy klocki za bardzo nie ocierają o tarcze… Przychodziły myśli zawrócenia do domu oraz te z rodzaju rzucenia rowerem o drzewo. W końcu na górze po częściowym wypychu:

Nie wiem co to za kamień "HF", pytajcie Daniela:

Po bardzo ciężkich bojach, spod chaty Kotaż zielonym szlakiem zjechałem do Moravki. Początek podjazdu trawersami na Travny i rozpięcie łańcucha. Szukanie spinki na asfalcie zakończone powodzeniem. Po niedługim czasie, po przetrwaniu chęci zaśnięcia na podjeździe zjadłem banana. Chwilę potem chęci do jazdy powróciły i nie było już tak okropnie jak na początku. Po drodze niezliczone ilości grzybiarzy a w ich rękach pełne koszyki grzybów. Byłem pod wrażeniem. Trawers w końcu skrzyżował się ze szlakiem niebieskim, który szedł od doliny Moravki (sądząc po poziomicach na mapie pewnie nie jest pod rower). Od trawersu szlak ten wyglądał bardzo zachęcająco (na prosto),:

dlatego zamiast kontynuować wygodną jazdę szutrówą pojchałem nim w stronę szczytu. Początek fajny ale potem trochę więcej luźniejszych kamieni, bardziej stromo i kilkaset metrów z buta. Końcowe 200m w pionie od Małego Travnego wyśmienite. Fajny, płaski i mokry singiel:

a potem techniczne korzonki i lekko pod górę po błocie i mokrych korzeniach - na młynku.

Jeden raz skapitulowałem. Na górze trochę dziko bez widoków.


Była za to książka do wpisów (tegoż – bardzo prymitywnego – popełniłem) w pudełku a w nim również… no właśnie. Hmmm… ;) Zobaczcie sami. Trochę się uśmiałem ;). Chyba odmiana geocatchingu:

Z Travnego, mimo ostrzeżeń starszego małżeństwa, że tam je „samo bahno”, pojechałem zielonym szlakiem do Visalaje. Bagno było, ale dopiero nieco niżej (równy szlak, którym ściągane jest drzewo – jesienne porządki w lesie; sporo błota – w sam raz aby było co robić przy rowerze po tripie czyli jeden wielki błotnisty syf… ;/). Visalaje:

Chata Sulov:

Z Visalajów czerownym szlakiem do Slavica – rewelacja (odwrotnie jak ostatnio z bbRiderzami na Łysą Górę). Poniżej na zdjęciu, zaraz obok mojej głowy Travny na którym byłem z godzinę wcześniej. Po lewej Królewna, czyli Łysa Góra:

Na szlaku:

Po drodze na szlaku bardzo fajne grzyby. Wyczytałem ostatnio na internecie, że im ciekawszy kolor tym są smaczniejsze. Takie okazy i nikt ich nie zauważył? Wziąłem na jajeczniczkę. Ich kolor i kształt kapelusza był wyraźnie ciekawszy niż to co widziałem w koszykach zbieraczy. Pewnie byli niedoświadczeni ;):

Dotarłem do chaty Slavić i pojechałem na szczyt właściwego Slavica ale żadnego kamienia/znaku na górze nie znalazłem. Fajna, leśna ścieżka ale nic więcej. Był tylko punkt geodezyjny - triangulacyjny i gieps pokazywał już szczyt oraz 1050m n.p.m.

Znowu grzyby. A ten jaki piękny! Też wziąłem:

Wróciłem do chaty Slavić. Mała panorama z dwóch zdjęć:

i dalej na Ostry czerwonym, już wielokrotnie przejeżdżanym, wybornym klasykiem. W miarę kolejnych przejazdów ten szczytowy szlak wydaje mi się być coraz krótszy. Podjechałem trochę do góry myśląc, że jestem na szczycie ale to był błąd. Jeszcze trochę brakło ;). Ależ ze mnie gapa.

Widok spod chaty pod Ostrym na Ochodzitą:

Z Ostrego żółtym szlakiem do doliny - Tyry bardzo ok. Dalej standardowo czyli asfalt do domu.
Fajna trasa, która zostanie w pamięci. Sporo błota na które moje zdezelowane i starte do reszty opony już się zdecydowanie nie nadają. Ale Kendy Karmy poczekają jeszcze do przyszłego sezonu ;).Gdyby nie ta kicha z dyspozycją na początku to byłbym bardziej uradowany. Pozostaje wyrzucić to z głowy - jak najszybciej! A teraz idę zrobić jajecznicę z grzybkami. Gdyby mnie tu nie było przez dłuższy czas to znaczy, że były trujące.



Żar, Magurka Wilkowicka i trochę o mnie

  • DST 152.00km
  • Teren 8.00km
  • Czas 07:42
  • VAVG 19.74km/h
  • Podjazdy 2345m
  • Sprzęt Merida Matts TFS 500-D
  • Aktywność Jazda na rowerze
Niedziela, 15 września 2013 | dodano: 15.09.2013

Jak by to ująć... Chyba najlepszym określeniem jest stwierdzenie : Dupa zbita ale nie spuchnięta ;). A to dlatego, że miał być Leskowiec w Beskidzie Małym (atak nr 2 w tym roku w moim wykonaniu). Poprzedzjące trip opady deszczu popsuły nieco plany. A te były miodne. Od tygodnia było wiadomo, że bbRiderZi zaplanowali takiego właśnie tripa - częściowo w myśl mojej propozycji: z Bielska przez Przegibek na Żar i czerwonym na Leskowiec (z pominięciem Gaików i Hrobaczej, którą zaliczyłem przy podejściu nr 1 tutaj). Robota układa mi się ostatnio dobrze (wole niedziele) i miałem wielką nadzieję, że w końcu dojadę na ten przeklęty i siedzący mi w głowie Leskowiec! A tym bardziej w TAKIM towarzystwie. Pozostaje mi ponownie stwierdzić: Może innym razem... ;(
Przyjechałem z Włoch o północy z sb/ndz, szybki wlot na fb a tam zmiana planów... Żar asfaltem z powodu złej pogody (byłem tam bardzo niedawno ale olać ten fakt). Opon nie zmieniałem na szosowe, bo seryjne meridy są już tak zjeżdżone, że wołają "zajeździj nas już do końca". Zbiórka w BB przy Gemini o 9. Pierwotna opcja Leskowca zakładała 7mą rano. O 4:30 dzwoni budzik i patrzę przez okno. Ciemno i widzę, że mokro. Idę do wyra. Wstaję o 6tej, niebo wydaje się być zachmurzone, przejaśnia się. Po 15 min, gdy słońce już trochę wylazło do góry uderza mi w oczy błękit nieba. No żesz... Pakowanie, śniadanie i 7:20 wyjeżdżam z domu do Bielska na zderzenie pod Gemini. Trochę się naubierałem. Po jakimś czasie kurtka wydaje się zbędna ale jechałem dalej. A jazda bokami przez Goleszów, Bładnice, Górki, bo nie znoszę starej DK 1. Jest co prawda krócej a tym samym szybciej ale stan nawierzchni nieco irytuje (garby, koleiny). Poza tym cały czas góra, dół, góra dół. Nie jestem przeciwnikiem ale to flaki z olejem! A bokami znacznie przyjemniej, wężej, bez samochodów. Do Bielska docieram bez opierdzielania się ale też i bez napierania ze średnią 24km/h z hakiem (ok 38km). Grupa w gotowości już na mnie czekała. Marzena, Grzegorz, Tomek, Marcin i Piotrek (szosa). Miałem mały poślizg. Na rozgrzewkę mojej dojazdowej rozgrzewki poszedł Przegibek. W miarę, choć Piotrek poszedł w cholerę. Tomek nie był gorszy i wyburzył na swoim górsko-szosowym Kellysie też w p...u. Początkowo kręciłem z Grzegorzem ale ten też odjechał. Wjazd bez polotu ale ok. Na górze 0.5l Coca-Coli, bo byłem coś niemrawy. Chyba mało spania.


W międzyczasie uzgodniliśmy, że naszym łupem padnie też Magurka Wilkowicka, na której jeszcze nie byłem (mąciła mi w głowie w drodze do BB). W dodatku wszyscy mi mówili, że podjazd od Łodygowic jest przedni - trudny.
Z Przegibka w dół do Czernichowa, przez Międzybrodzie Żywieckie podjazd na Żar. Początek ok, potem po japońsku - jako tako. Na górze (761m n.p.m):

Jezioro Żywieckie:

Ekipa:

Zjazd w dół również asfaltem. Przy sklepie. W tle szczyt:

Przez Tresną do Łodygowic. W trakcie jazdy Ci co znali podjazd na Mugurkę przygotowywali mnie psychicznie do tego podjazdu ale... w rzeczywistości czy ja wiem? Niżej niż 22-24 (przełożenie 1:3) (kaseta 11-32) nie zszedłem. A na 22-21 też sporo wyjechałem. Stwierdzę nawet, że lepiej mi się jechało niż pod Żar a to głównie z powodu... zablokowanego widelca o czym nie pomyślałem wcześniej...
Na Magurce (912m.n.p.m):

Marcin:

Marzena:

Żar po drugiej stronie doliny:

Skrzyczne:

Schronisko:

My:

Tomek z Piotrkiem pojechali w dół asfaltem a my czerwonym w stronę Mikulszowic. Fajny zjazd po szlaku. Zaliczyliśmy też (prawie - przejazd obok) Łysą Górę ;). Ta miała jednak 600 z kawałkiem. Przez Bielsko z postojem na Orlenie na hot-dogach za moje oczekujące na wykorzystanie, lansujące się i do niczego mi niepotrzebne punkty na karcie vitay. Marcin pojechał w swoje a my w stronę Jaworza z wizytą u Marzeny. Dalej pojechałem do domu podobnie jak przyjechałem do Bielska, choć po bardziej zróżnicowanym terenie (wysokościowo). Mianowicie Kisielów i Ogrodzona. Na wiadukcie nad S-1. W tle czeskie góry i huta w Trzyńcu dająca CZADU.

Trip choć w 90% po asfalcie był ok. Na szlakach sporo wilgoci a więc byłoby co pucować po drodze na Leskowiec. Może i dobrze, że nie pojechaliśmy. Następnym razem (shit). Ważne, że idea wspólnego kręcenia nie zamierza umierać ;).

TUTAJ RELACJA SIĘ KOŃCZY. Zainteresowanych moimi czynnościami codziennymi zapraszam do dalszej lektury.

A teraz jako gratis szeroko rozumiane moje wojaże po Europie czyli to czym się zajmuję zawodowo (a więc kawałek mojego życia). Stwierdzenia "wróciłem z Włoch" mogą się wydawać tajemnicze ale już wyjaśniam.
Po skończeniu liceum studia w trybie zaocznym "Geodezja i Kartografia" na WGGiŚ na AGH w Krakowie. Prawo jazdy B w kieszeni, z początku jazda busem (Mercedes Sprinter) do 3.5t (firma, że tak napiszę rodzinna). Były Niemcy, Skandynawia (Szwecja, Norwegia) i jakieś Czechy, Słowacje. Zaraz na początku mojej kariery szoferowej zapis na kat. C. Po zdaniu i odbyciu kursów na przewóz rzeczy i tzw. "psychotestów" przesiadka na ciężarowego Mana do 7.5t. Pierwsza trasa (tachograf, wszystko bardziej skomplikowane - przede wszystkim znacznie większe auto) do Dobczyc. Druga już samemu do Włoch. Były też Rumunia, Niemcy, Hiszpania, również Skandynawia, Francja i... nie wiem co tam jeszcze. Chwilę po zdaniu kat. C kurs na przyczepę/naczepę czyli E (E wbijają do już posiadanych kategorii, czyli obecnie mam B+E i C+E). No i zaczęła się prawdziwa jazda popularnie zwanymi TIRami. Na początku Niemcy, potem Anglia, teraz Włochy... Pierwotnie ten samochód (Man TGA 2004' obecnie z przebiegiem 1 220 000km:

Potem (w zeszłym, 2012 roku) przyszła kolej na nieco nowszego (Man TGX-następca, obecnie 540 000km):

Jako, że jesteśmy we dwóch z bratem to czasem (niekoniecznie z powodu urozmaicenia a z tego "jak wyjdzie") przesiadamy się z auta na auto. Obecnie przyszło mi jeździć tym starszym - niebieskim. W każdym bądź razie dwa MANy - Marne Auta Niemieckie (tutaj przymrużenie oka, bo wcale nie są takie złe a bynajmniej w ogólnopojętym światku transportowym chwalone za wygodę). Mają oczywiście wady - jak każdy samochód.
No i co? Niejednokrotnie weekendy "w budzie". Wyjazdy tylko eksport-import - żadnego krążenia po Europie na tzw. przerzutach między krajami UE. Robota zryta, mało dobrego towarzystwa po drodze. Generalnie zajęcie niezbyt zmbitne, co mnie bardzo boli. Rzeczywistość geodezyjna (przynajmniej ta w Cieszynie) nie jest kolorowa (brak roboty). W Bielsku wcale nie lepiej. A pieniądze jak już co... Szkoda gadać.
Teraz niektóre dane techniczne tych dwóch ciężarówek (wiem, że wiele osób to ciekawi):
Średnie spalanie?
Bardzo podobnie w obu przypadkach. Na pusto ok. 22l/100km. Na pełno (24t na plecach) ok. 30-32l/100km *,**,***,****
*-zależy od ukształtowania terenu, **-bardzo zależy od kierunku wiatru, ***-ogromnie zależy od techniki jazdy, ****-zależy od wielu innych czynników (temperatura na zewnątrz itp.)
Silnik:
Oba bazują na tym samym motorze. 10,5l/430KM (biały TGX 440KM)
Skrzynia biegów:
Niebieski: automat 12 biegów (z możliwością ingerencji na manetce przy kierownicy)
Biały: manual 4 biegi na małej skrzyni, 4 na dużej + na każdym biegu połówka= czyli 8 biegów + połówki a więc 16 przełożeń.
Lewarek do kopania w biegach jest ciekawy :):

Zmiana biegów jest w kształcie litery H (jak w osobówce czterobiegowej). Dolny przycisk operowany środkowym palcem góra - dół przełącza małą - dużą skrzynię i na odwrót. Boczny obsługiwany kciukiem - połówki - dolny bieg i górny. 200km zajęło mi dobre opanowanie tego ustrojstwa.
Np. dwójka i szóstka jest w tym samym położeniu lecz różnica jest taka, że dolny przycisk na lewarku dla drugiego biegu znajduje się w pozycji dolnej a na 6stce - w pozycji górnej. Generalnie rozpędzenia takiego kolosa nie polega na przerzucaniu na każdym biegu o połówkę, bo człowiek by się zamęczył. Dolne przełożenia są tak krótkie, że wystarczy przykładowo tak (- dolna połówka, + górna połówka): 3-, 4+, 6-, 7-, 8-, 8+ na pusto. Na pełno: 2-, 3+, 5-, 6-, 6+, 7-, 7+, 8-, 8+. Już wiecie jak bardzo irytuje mnie ruszanie spod świateł załadowanym samochodem? I jak bardzo liczy się płynna jazda? 9 razy muszę sięgać po lewarek zanim osiągnę przyzwoitą prędkość. To też na drodze Tychy-Bielsko przy 24t trudno zejść do 35l/100km a standard to 38/100. Taka ta jazda po kraju w dobie zmian świateł jak w dyskotece.
Zbiorniki paliwa:
Niebieski - 330l+710l=1040l.
Biały - 330l + 600l/70AdBlue (Ad Blue to płyn bardzo podobny w konsystencji do wody, choć jest bardziej "śliski" w dotyku i ma nieco drażniący, charakterystyczny zapach; dozowany jest do układu wydechowego celem redukcji emisji spalin - czyli często psujący się wytwór ekologów napędzający kupno nowych samochodów [mniejsze opłaty za autostrady]; zużycie ok. 1.5l/100km; cena - ok 90gr brutto/l przy kupnie całego mausera - 1000 l; na stacji 2zł brutto/l).
Łatwo policzyć ile trzeba kapusty wydać aby napełnić zbiorniki do pełna. Starcza to na ok 2500-3200km w zależności od wagi ładunku/warunków/techniki jazdy itp...
A fizycznie zbiornik na AdBlue (bynajmniej w MANie) stanowi osobną przegrodę w zbiorniku na paliwo:


Koniec tematu transportowego. Jak co to pytajcie.

Edit. Tutaj prymitywne nagranie telefonem jednej z tych sytuacji, gdzie robi się nerwowo. Dojazd na rozładunek okien w okolicach Erby we Włoszech pod Alpami (nad Mediolanem) w grudniu 2012r.
&list=HL1379368036



Klasyk Beskidu Śląskiego z bbRiderZ

  • DST 119.00km
  • Teren 30.00km
  • Czas 06:43
  • VAVG 17.72km/h
  • Podjazdy 2040m
  • Sprzęt Merida Matts TFS 500-D
  • Aktywność Jazda na rowerze
Niedziela, 8 września 2013 | dodano: 08.09.2013

Tylne koło doczekało się nowej obręczy (po wykrzywieniu Alexrimsa). Mavic XC717 - cena? Pół nowego rowera z Biedronki. Trzeba było wytestować - podobno ma być już spokój. No i co ja tu mam napisać? Że było zaj*****ie? Z ekstra ekipą (Marzena, Grzegorz, Arek, Marcin, Maciek)? Śmiesznie? Wybornie? Brak mi słów...
Nie będę męczył długim tekstem więc inaczej, po kolei. Szlakiem klasyku po Beskidzie Śląskim czyli Czantoria - Kubalonka:
- jeden kapeć Marzeny na... Budzinie na szkle;
- przejazd przez turystyczne przejście i dalej trawersem do podjazdu;
- wyjazd uphillową (asfaltowo-szutrową) trasą na Czantorię
- czerwonym przez Soszów, Stożek na Kubalonkę
- mnóstwo zboczonych, śmiesznych tekstów po drodze
- postoje pod Czantorią, na Soszowie, chwilę na Stożku i na Kiczorach
- pełno pieszych turystów - znowu mieliśmy ich na sumieniu; niektórzy wybitnie wkurzeni naszymi prędkościami i tumanami kurzu - zdolni byli stanąć na środku szlaku z rozłożonymi rękami (niezły akt frustracji);
- czerwony szlak ze Stożka na Kubalonkę (nie odwrotnie!!!) jest po prostu wyśmienity; bardzo techniczny, bez wątpienia jeden z najlepszych odcinków do ćwiczenia technicznej jazdy po korzeniach i kamieniach bez wyrypy podjazdowej - cały czas szczytami + kilka zjazdów z podniesioną adrenaliną; R_E_W_E_L_A_C_J_A!!!
Trip (trasa) z mojej strony trochę pokręcony. Ale to mój wymysł.

Na Budzinie. Jedni odpoczywają:

Drudzy (a w zasadzie jeden z tych "drugich" - Grzegorz) robi koło:

Arek poległ w rywalizacji z naturą...

Pod Czantorią:

Na Soszowie:

Na Stożku (ok. 200m koniecznego i jedynego na całej trasie wypychu pod tą górkę):

Za Stożkiem po drodze skałka:

Drabinki nie było ale Marzena z Arkiem się wygramolili. Zdjęcia z góry:



A my z dołu podziwialiśmy ich na górze...

Dalej na czerwonym:


Marcin - listonosz już ze zreanimowaną Rebą ;):

Marzena:

Na Kubalonkę i zjazd do Wisły. Tam korki i jazda między samochodami. Podjechałem do Górek pożegnać się z ekipą i na Skoczów, przez Simoradz, Dębowiec do domu. Stawy w Simoradzu/Dębowcu:

A w Dębowcu zagadka: ścieżka nordic-walking (wtf?):

Zajebiaszczy trip!!! Pomimo niezłego tłuczenia się po kamieniach koło nie wykazuje żadnych objawów zdeformowania...



Javorovy, Ostry

  • DST 62.00km
  • Teren 20.00km
  • Czas 03:47
  • VAVG 16.39km/h
  • Podjazdy 990m
  • Sprzęt Merida Matts TFS 500-D
  • Aktywność Jazda na rowerze
Niedziela, 1 września 2013 | dodano: 01.09.2013

Trip z kategorii wycieczkowych. Pogoda rano nie dopisała by z ekipą z Bielska potłuc się po naszych górach na szlaku Czantoria-Kubalonka. Po południu o 15:30 pojechałem z młodym (mieszkającym 3 klatki obok) pokazać mu co jest w czeskich górach. Kupił rower pół roku temu. Było całkiem ok po klasycznych, łatwych szlakach.


Krzychu:

I ja pod Ostrym.



Trasą maratonu MTB w Wiśle

  • DST 98.00km
  • Teren 35.00km
  • Czas 06:30
  • VAVG 15.08km/h
  • Podjazdy 2194m
  • Sprzęt Merida Matts TFS 500-D
  • Aktywność Jazda na rowerze
Sobota, 31 sierpnia 2013 | dodano: 01.09.2013

Miało być Bielsko-Biała i lotnisko w Aleksandrowicach (pokazy lotnicze). Potem Szyndzielnie, Klimczoki, Błatnie i do Górek. Wyszło jak wyszło. Wylądowałem z chłopakami w Wiśle (Andrzej zerwał po drodze śrubę na skręceniu suportu i ramienia korby (!) i musiał zrezygnować w Dzięgielowie). Wisła a tam maraton MTB. Myślę... cholera tyle roweraków w kolejce do startu... A czemu by nie...? Nawet nie znałem do końca trasy. Wiedziałem, że mega leci przez Trzy Kopce, Brenne, Grabowe i inne górki. Ustawiłem się za ostatnim (czwartym) sektorem jako uczestnik no-name bez numerka. Wpisowego nie miałem zamiaru płacić (jak się okazało 60zł max 10 dni przed startem!!!), bo:
- czas mniej więcej potrafię zmierzyć sam;
- szału czasowo/miejscowego nie będzie (za mało jeżdżę);
- jazdę traktuję jako rozrywkę a nie próbę wszelkich możliwych rywalizacji, napinania się itd;
- mam inne wydatki na rower (przecholernie drogie klocki, które w górach lecą jak woda);
- i wiele innych argumentów.
Start ok do podjazdu. Na nim przedzieranie się przez dzieciarnię i prowadzące osoby. Potem już w ogóle się nie dało wyprzedzać, bo tłok jak cholera. Pomału do góry na Trzy Kopce zółtym szlakiem. Na zjeździe do Brennej cała masa potraconych bidonów. Osoby przede mną lamiły trochę zjazd, postanowiłem trochę podgonić również tracąc bidon. Zorientowałem się i heble na maxa, wracam z buta do góry ok. 50m aby zabrać utracony przedmiot. Z góry pociska Tomek z bbRiderz i z uśmiechem na twarzy pyta czy nie znalazłem też bidona od niego :). Przez chwilę zastanawiałem się jak on się za mną znalazł (jest znacznie lepszy). Okazało się, że za mało miał kapci na ostatnim naszym tripie Karkoszczonka - Błatnia i złapał na pierwszym zjeździe swojego jedynego (na szczęście) na tym maratonie. W dół do Brennej i młynkowo na Grabową po płytach. Dalej na Kotarz. Gdzieś tam był genialny singiel. W dół do Leśnicy i z powrotem na Trzy Kopce po czym do Wisły. Jednym słowem - góra - dół - góra - dół - góra - dół. Jak to w maratonie: 1800m przewyższeń na 40km. Jedne z najwolniejszych moich 40km w tym sezonie. Wysiłek? Moim zdaniem po pagórkowatym asfalcie trzeba byłoby ten dystans pomnożyć przez 4.
Ostatecznie wynik - kaplica. Śmiech na sali czyli 3h40min i coś koło 310 miejsca w open. Objechały mnie kobity z jakichś tam teamów MTB team... a cholera wie. Szczerze? Mam to gdzieś. Kilka rozmów ze spoko kolesiami zaliczonych. Przejchanie trasy... czego mi więcej trzeba? Tej adrenaliny? A w cholerę! Bynajmniej nie ten etap jazdy na rowerze aby to przeżywać. Gdybym to robił zawodowo...
Na mecie pogadałem z ekipą z Gomoli. Znany mi z branży transportowej (a jakże ;) ) brat szefa teamu (p.Henryk) zachęcał mnie nawet abym wstąpił, że to nic nie kosztuje a ekipa jest fajna... startowe za friko. Ale ja nie mam na to czasu. I gdzie tam z moją meridą do wynalazków na fullu 29 cali Speca! Za 20 klocków! Pogadałem też chwilę z bratem-szefem p.Pawłem. Tak nawiasem mówiąc to często spotykam się z chłopakami z jego firmy (Gomola Trans z Pogórza) na trasach do Włoch, na rozładunkach (jeździmy w podobne miejsca). Sympatycznie.

Przed startem w Wiśle namioty a tam EPO w energetycznych żelach ;). Dwaj goście w tym jeden na żelu we włosach wciskali ludziom żele słowami: "Ten jest zwykły, ten daje ekstra kopa, ten na dłużej...". Stanąłem na luzaka obok namiotu i wyciągnąłem/wchłonąłem z plecaka drożdżówkę, 2 banany i popiłem 450ml jogurtu. Haha. A te czuby płaciły ciężkie pieniądze za wynalazki, których opakowania mogłem podziwiać na trasie. A po co mi to? ;)



Na trasie. (fot. Kasia Rokosz, źródła nie znam)

Na mecie kilkadziesiąt metrów przede mną jechał gość który wlazł mi na ambicję. Pedał w podłogę i go deszedłem (2 fotki z bikemaraton.com). Gość na pierwszym zdjęiu jest za bikerem z numerkiem 1843.


Po finishu.


W drodze powrotnej wstąpiłem na rynek w Ustroniu, gdzie pokaz miała grupa Taekwondo z Rybnika.

Jestem zadowolony z pomysłu i tripu po górach w zacnym gronie. Zwycięzca wykręcił czas... 2h z groszami uzyskując średnią prawie 20km/h. Awaria w takim terenie. Coś nieprawdopodobnego.

Na trasie przywaliłem tylnym kołem w kamień, w wyniku czego ledwo zaplecione koło trochę się scentrowało (poluzowana całkowicie szprycha). Do serwisu!
Edit. Obręcz do wymiany. Umarła po przydzwonieniu. Znowu wydatki.